NA ANTENIE: Mała czarna
Studio nagrań Ogłoszenia BIP Cennik
SŁUCHAJ RADIA ON-LINE
 

Jarocin Festiwal 2026: Dla każdego coś (bardzo) miłego [RELACJA]

Publikacja: 21.07.2026 g.19:50  Aktualizacja: 21.07.2026 g.20:06 Marcin Żyski
Śrem
To był długi i piękny weekend w Jarocinie – jak co roku miasto żyło kolejną edycją legendarnego festiwalu. Poza oficjalnymi uczestnikami imprezy koncertów słuchało z bliska lub z daleka wielu mieszkańców.
jarocin acid drinnkers - Maciej Trzciński - Radio Poznań
Acid Drinkers na Festiwalu w Jarocinie / Fot. Maciej Trzciński (Radio Poznań)

Spis treści:

    Część z nich być może nie była zainteresowana konkretnymi występami, ale korzystała po prostu z niezwykłej atmosfery, która panowała w Jarocinie już od czwartku. Miło zjeść karkówkę niedaleko epicentrum całego zamieszania, na pobliskim boisku nawet z ekranem pokazującym to, co się dzieje na scenie głównej.

    Głównej, czyli „czarnej”, na której odbywała się większość najciekawszych wydarzeń. Większość, choć nie wszystkie – mała „Scena Biała” potrafiła zaskoczyć, a nawet zachwycić. Świetnie wypadły doświadczone kapele (Voo Voo, Closterkeller i Negatyw), wśród młodszych warto wyróżnić m.in. zespoły Pere-Lachaise, Zuta i Cafetrauma, do tego Gold Rock Band z muzyką Roberta Brylewskiego, w wykonaniu m.in. jego córki.

    Skoro jesteśmy przy odświeżaniu jarocińskiej (i nie tylko klasyki) – Sad Smiles zaskoczyli rave’owymi elementami w swojej adaptacji „Nowej Aleksandrii” Siekiery, Mery Spolsky również sięgnęła po nieco elektroniki w jej secie złożonym z utworów zespołów Kontrola W. i Kosmetyki Mrs. Pinki (czekamy na więcej, bo zabrzmiało to i wyglądało naprawdę zawodowo). Kasia Lins wzorem swojego ostatniego albumu sięgnęła po utwory Grzegorza Ciechowskiego, a finałowy koncert „Moja krew, twoja krew” (z muzyką nie tylko Republiki, ale też m.in. Maanamu) otarł się o dobrze rozumianą pomnikowość, nie tylko ze względu na szeroki zestaw występujących artystów (od muzyków Republiki po Tomka Lipińskiego, Krzysztofa Zalewskiego, Darka Malejonka i Michała Wiraszkę).

    Dwaj ostatni zaliczyli zresztą bardzo udane własne występy – Malejonek cieszył się z gorącego przywitania powrotu zespołu Houk, a Wiraszko z pomocą rewelacyjnego zespołu poradził sobie z wygenerowaniem pięknej energii mimo bardzo wczesnej pory piętnastej z minutami w niedzielę (zaryzykuję tezę, że ich odpowiednio „Transmission Into Your Heart” i „Dni, które przed nami” to ścisła czołówka najlepszych piosenek, które słyszeliśmy w Jarocinie).

    Zostając przy powrotach – sobotni wieczór należał przede wszystkim do Acid Drinkers, których często słyszane między motorheadowymi riffami pytanie „Pasuje?” spotykało się z zasłużonym „Taaak!” z naszej strony. Dla tych, którzy wolą śpiewać z wokalistami piosenki dużo bardziej delikatne, były życzliwie przyjęte Strachy na Lachy oraz entuzjastycznie oklaskiwani Happysad.

    Ze „starej gwardii” trzeba wyróżnić jeszcze m.in. zespoły Dezerter (ich riffy naprawdę cięły powietrze, przydałoby się więcej takiego grania!) i Farben Lehre (to chyba oni mieli wśród tłumu najwięcej swoich koszulek) oraz oczywiście Lecha Janerkę, który pożegnał się z Jarocinem w trudnych, deszczowych okolicznościach, po raz kolejny jednak potwierdzając, że nie było i nie będzie drugiego takiego artysty oraz, że w ostatnich latach scenicznej kariery udało mu się doprowadzić swoje brzmienie to idealnej „krwistości”. Czuło się tę potęgę nawet w momentach, gdy słuchaliśmy kompozycji pozbawionych większej energii.

    Skoro o energii mowa – oprócz naturalnych wyładowań atmosferycznych, które nawiedziły festiwal w piątek, warto wspomnieć o zespołach, których próżno szukać w innych miejscach, a w Jarocinie generowały prawdopodobnie najwięcej woltów – przy np. Subterfuge i Frontside nadarzały się okazje do przeżycia swoistego katharsis. Aż chciałoby się krzyknąć: więcej czadu! Zwłaszcza, że podczas koncertów Zalewskiego czy Lordofon trochę się czuliśmy, jak na innym (wielu innych?) festiwalach.

    Czadu jednak zasadniczo w Jarocinie w ten długi weekend nie brakowało, nawet jeśli czasem można mieć było niedosyt hałasu ze strony publiczności. Artyści zdawali się rozumieć, że to mocno piknikowa, wręcz rodzinna impreza, swoją drogą jedna z najbardziej sympatycznych, na jakie traficie w naszym kraju. Gitarowe święto, które przeżywa się z małżonkiem, kuzynami, dziećmi, a czasem wnukami. Bywa, że na boso, tuż po ulewie. Zawsze z uśmiechem i serdecznością, którą zaraża się wszystkich dookoła. Do zobaczenia i usłyszenia za rok!

    https://www.radiopoznan.fm/n/LZUzSU
    KOMENTARZE 0