NA ANTENIE: Luz blues
Studio nagrań Ogłoszenia BIP Cennik
SŁUCHAJ RADIA ON-LINE
 

Problemy w szpitalu na Lutyckiej. Dyrektor Murawa odpowiada na zarzuty

Publikacja: 29.09.2026 g.17:45  Aktualizacja: 29.09.2026 g.23:04 Szymon Majchrzak
Poznań
Dyrektor Szpitala Wojewódzkiego w Poznaniu odpowiada na aferę dotyczącą systemu znakowania narzędzi chirurgicznych za 3 miliony zł. Rozwiązanie nie zawsze działa tak, jak powinno.

Spis treści:

    Niewielkie znaczniki odklejają się nawet w czasie operacji, a wtedy trzeba ich szukać w ciałach pacjentów. Do tej pory odpadło około 400 mikroczipów.

    Gazeta Wyborcza ustaliła, że nadzorujący placówkę Urząd Marszałkowski wszczął w tej sprawie już drugą kontrolę.

    Szef placówki przy Lutyckiej odpiera zarzuty i zapewnia, że wyciąga konsekwencje wobec dostawcy systemu.

    Na przykład ostatnia kara, która została nałożona na polskiego przedstawiciela za opóźnienia w kwestiach gwarancyjnych, to kwota ponad 116 tysięcy złotych. Więc my tego bardzo pilnujemy i tu nie ma nic nadzwyczajnego

    - twierdzi dyrektor.

    Problemom ze sprzętem towarzyszą pytania o kondycję finansową placówki. Na koniec sierpnia szpital odnotował 24 miliony złotych straty. Dyrektor tłumaczy, że ujemny wynik wynika przede wszystkim z braku wpłat z Narodowego Funduszu Zdrowia za wykonane świadczenia.

    Mamy nadwykonania limitowane i ryczałt na kwotę 20 milionów złotych na koniec sierpnia niezapłacone. Do tego dochodzą nadwykonania nielimitowane, czyli chociażby onkologia na 11 milionów. Razem 31 milionów. Gdyby NFZ zwrócił nam wszystkie pieniądze, ten szpital byłby na plusie

    - dodaje.

    Zdaniem Dawida Murawy sposobem na poprawę sytuacji finansowej i odpowiedzią na kryzys w ochronie zdrowia byłaby konsolidacja marszałkowskich placówek – w tym szpitala na Lutyckiej, Wielkopolskiego Centrum Pulmonologii oraz Centrum Onkologii. Szef Lutyckiej zapowiada, że będzie do tego namawiał marszałka Marka Woźniaka.

    Zdjęcie Szymon Majchrzak Szymon Majchrzak

    Przede wszystkim Poznaniak. Zajmuje się miastem i tym, co dzieje się wokół – od Mosiny, przez Suchy Las i Swarzędz. Szczególnie lubi pisać o kolei, bo do Radia najchętniej jeździłby pociągiem.

    https://www.radiopoznan.fm/n/M0ue37
    KOMENTARZE 3
    Justyna 30.09.2026 godz. 13:52
    Uwaga: wystarczy, że rząd wycofa się z idiotycznej ustawy, że Ukrainiec, czy inny cudzoziemiec, który przepracuje jeden dzień w Polsce, dostaje emeryturę, potem 13 i 14 emeryturę, zasiłek pogrzebowy i darmowe leczenie.KURWA, co za pierdolony frajer i jebnięty polski nieuk to wymyślił. To są właśnie te brakujące miliony z NFZ na limity i nielimitowane zabiegi, dla tak cudownych lekarzy jak pan profesor.4
    Piotr Zjawinski 30.09.2026 godz. 13:08
    Zastanow sie melody czlowieku o co pytasz w wywiadzie z Prof. Murawa,lub zajrzyj w swoje wnetrze ,sugestie jakoby wprowadzane nowczesne systemy leczenia nowotworow obciazaly budget I jest to wina Profesora pelniacego funkcje Dyrektora sa nie na miejscu, problemem jest system refundacji NFZ-u ktory opera sie na idiotycznych decyzjach komisji zatwierdzajacych systemy procedur nowczesnesnych terapii ktorej Maja pomagac pacjentom. To w Ministerstwie Zdrowia,NFZ,tam nalezy szukac winnych deficytu finansowego w,/wym szpitala,a nie w sposobie zarzadzania przez Prof.Murawe.I na koniec ,po pierwsze nie zycze by komus z Twoich bliskich lub Tobie przyszlo sie leczyc w Pl sluzbie Zdrowia w/g procedur ktorej w cywilizacji odchodza do lamusa,jak osobiscie tez musialem walczyc z ta choroba ale dzieki temu ze mieszkam w GB zastosowano najnowoczesniejsze melody I jestem zdrowy,zycze powodzenia w budowaniu kariery dziennikarskiej

    Kasia 30.09.2026 godz. 08:42
    Pan redaktor jest młodym człowiekiem i mam nadzieję, że jeszcze bardzo długo nie będzie musiał osobiście mierzyć się z sytuacją, w której od decyzji lekarzy, dostępności terapii i determinacji zespołu medycznego zależy życie jego samego albo kogoś mu najbliższego.

    Pan Profesor wraz ze swoim zespołem zajmuje się ratowaniem ludzi w sytuacjach często niezwykle trudnych. Korzysta z nowoczesnych metod leczenia, poszukuje kolejnych możliwości terapeutycznych i rozwiązań tam, gdzie standardowe ścieżki bywają już niewystarczające. I warto to bardzo mocno podkreślić: mówimy o poszukiwaniu rozwiązań legalnych, zgodnych z obowiązującymi przepisami i możliwych do zastosowania w ramach istniejącego systemu.

    Wokół takich historii mobilizują się całe społeczności. Ludzie organizują zbiórki, przekazują własne pieniądze, angażują się w działalność fundacji, często pracują pro bono. Sam Profesor również poświęca swój czas i wiedzę bez wynagrodzenia. Wszystko po to, aby dać komuś jeszcze jedną szansę.

    I właśnie w takim kontekście pada pytanie: czy to się opłaca?

    Rozumiem rolę dziennikarza. Rozumiem potrzebę zadawania pytań trudnych, niewygodnych, czasem wręcz prowokacyjnych. Dziennikarstwo nie polega na potakiwaniu rozmówcy. Jeżeli więc była to świadoma, celowo przyjęta dziennikarska szorstkość wobec dyrektora, mająca sprowokować go do konkretnej odpowiedzi dotyczącej finansowania systemu, granic jego możliwości czy odpowiedzialności instytucji — jestem w stanie zrozumieć taki zabieg, choć sama forma nadal pozostawia u mnie duży niesmak.

    Jeżeli jednak pytanie to rzeczywiście miało wyrażać przekonanie, że ratowanie ciężko chorego człowieka należy przede wszystkim rozpatrywać w kategorii ekonomicznej opłacalności, to przyznam, że jestem głęboko zbulwersowana.

    Bo wtedy pojawia się pytanie znacznie ważniejsze: co właściwie ma się „opłacać”?

    Czy opłaca się ratować życie Pana redaktora? Jego dziecka? Żony? Matki? Ojca?

    I gdzie miałaby przebiegać granica tej opłacalności?

    Przy jakiej kwocie należałoby uznać, że człowieka nie warto już leczyć? Kto miałby o tym decydować? I czy równie łatwo zadawalibyśmy takie pytania, gdyby po drugiej stronie tej kalkulacji znalazła się osoba, którą kochamy?

    Władysław Bartoszewski powiedział kiedyś słowa, które w tym kontekście brzmią wyjątkowo mocno: „Nie wszystko, co się opłaca, warto, i nie wszystko, co warto, się opłaca.”

    Medycyna oczywiście ma swoje ograniczenia. System ochrony zdrowia ma ograniczony budżet, lekarze muszą podejmować trudne decyzje, a państwo musi rozsądnie gospodarować środkami publicznymi. To wszystko jest prawdą i o tym trzeba rozmawiać.

    Ale pomiędzy rozmową o racjonalnym finansowaniu ochrony zdrowia a pytaniem, czy „opłaca się” walczyć o życie konkretnego człowieka, istnieje zasadnicza różnica.

    Ciężka choroba niezwykle szybko zmienia perspektywę. Kiedy dotyka nas samych albo kogoś, kogo kochamy, przestajemy patrzeć na problem z bezpiecznego dystansu. Nie pytamy już: „czy to się opłaca?”. Pytamy: co jeszcze można zrobić? Czy istnieje inna terapia? Czy jest lekarz, który podejmie próbę? Czy gdzieś na świecie albo w Polsce istnieje rozwiązanie, które daje choćby cień szansy?

    I wtedy każdy z nas chciałby spotkać właśnie takiego lekarza i taki zespół — ludzi, którzy zamiast rozłożyć ręce, będą szukać kolejnej zgodnej z prawem możliwości.

    Dlatego w rozmowie o leczeniu ciężko chorych osób warto zachować szczególną ostrożność w doborze słów. Można zadawać najtrudniejsze pytania. Można pytać o pieniądze, efektywność systemu, granice refundacji i odpowiedzialność państwa. Trzeba o to pytać.

    Ale dobrze byłoby przy tym pamiętać, że po drugiej stronie tych pytań nie znajdują się wyłącznie liczby w tabeli, procedury i budżety.

    Znajduje się człowiek.

    Czyjś mąż. Czyjaś żona. Czyjeś dziecko. Czyjaś mama albo tata.

    I być może któregoś dnia — my sami.

    „Najedzony głodnego nie zrozumie” — to stare powiedzenie bywa brutalnie trafne. Dlatego właśnie w takich rozmowach najbardziej potrzebne są nie tylko dociekliwość i dziennikarska odwaga, ale również pokora, odpowiedzialność za słowo i zwyczajna ludzka wrażliwość.