13 studyjny album T.Love wydany nomen omen trzynastego marca w piątek przesłuchałem w całości dwa razy, a niektóre utwory nawet kilka razy i wiecie co? Doszedłem do wniosku, że jest to płyta nagrana na przetrwanie w trudnych czasach dla zespołu, który targany jest wewnętrznym konfliktem. Wydaje się, że na powstawanie muzyki duży wpływ miało rozstanie z gitarzystą Janem Benedkiem, a później usunięcie z zespołu perkusisty Sidneya Polaka. Muniek Staszczyk, lider T.Love, też tego nie ukrywa. W jednym z wywiadów powiedział, że płytę nagrywali w domowym studiu Jacka "Perkoza" Perkowskiego i wspólnie podjęli decyzję o nagrywaniu albumu w tym niekomfortowym dla grupy okresie, powiedzieli sobie, że nie odpuszczą.
Przez 43 lata istnienia zespołu z nikim nie rozstałem się bez powodu. Zawsze to były trudne, wymagające głębokiego namysłu, rozważań decyzje. Tak samo było i teraz. Janek i Sidney powinni wiedzieć, dlaczego są dziś poza zespołem, bo są to inteligentni goście
– powiedział Staszczyk w trakcie sesji Q&A (pytania i odpowiedzi) z fanami, która odbyła się w połowie grudnia na Instagramie.
Nowa płyta to wynik współpracy kompozytora większości utworów Perkoza z Muńkiem, jako autorem tekstów. W porównaniu do poprzedniczki "Orajt", płyty "Hau hau", ten album jest bardziej gitarowy i wyrazisty. To powrót do starych czasów, ale płyta nie przebije popularnością "Kinga" czy "I Love You". Utwory szybko wpadają w ucho, sekcja napędza rytm, Muniek śpiewa w charakterystyczny niepodrabialny sposób.
Zanim płyta się ukazała, pojawiło się sześć utworów promujących wydawnictwo, więc mogliśmy się domyślać jak będzie wyglądała całość. Jest rock'n'rollowo, czasem odrobinę popowo, energia lat 90. i 2000 spotyka się ze współczesnością. Na pewno ta płyta nie zaskakuje w sferze tekstowej. Muniek pisze ostro i wyraziście, bada naszą współczesność. W tekstach Staszczyka podoba mi się zawsze to, że potrafi być jednocześnie trochę cyniczny i wzruszający.
Najlepsze momenty tego albumu to utwory w lekko popowo-rockandrollowym klimacie z melancholijno-sarkastycznym tekstem Muńka. Polecam utwór tytułowy "Orajt" - dobry rock z chwytliwym refrenem. Świetne są "Buty" z metaforycznym tekstem o życiu. "Księżyc nad Rakowcem" to najbardziej emocjonalny utwór na płycie z psychodelicznym klimatem całości jako pożegnaniem przyjaciela, aktora Jana Nowickiego.
Na płytę T.Love zaprosili Sarsę, która zaśpiewała przebój "Mimo wszystko", a także WaluśKraksaKryzys, z którym zaśpiewali "Najpiękniejsze" z rockowym pazurem. Słabsze punkty płyty też są np. "Piąteczek" czy "Tottolotto". Podsumowując, jak na cztery dekady działalności zespołu T.Love, mocne 7/10.