Członek Polskiego Klubu Ekologicznego regularnie bada przezroczystość Jeziora Strzeszyńskiego oraz Kierskiego. "Stan wody w obu zbiornikach nie poprawia się" - mówi Jerzy Juszczyński.
Takie różne działania, łącznie prawie 2 miliony złotych pochłonęła ta rekultywacja Jeziora Strzeszyńskiego, wykazują, że albo naukowcy nie do końca panują, nad tym, co robią, albo jest to tak skomplikowana sytuacja, każde jezioro jest inne, że jest to bardzo trudno opanować i sterować
- mówi Jerzy Juszczyński.
Ekolog wskazuje między innymi na niefunkcjonalność wybudowanego za 4 miliony złotych trzeciego zbiornika retencyjnego przy Jeziorze Strzeszyńskim. Jego odpływ jest zarośnięty, a na wylocie tamę zbudowały bobry.
Od wielu lat napowietrzane jest Jezioro Kierskie. Jego przezroczystość jest w tym roku mniejsza o blisko pół metra w porównaniu do czterech ostatnich lat. "Należy odciąć dopływ zanieczyszczeń, zbadać stan jeziora i wtedy zastosować jakąś metodę rekultywacji" - twierdzi Jerzy Juszczyński. Największą odpowiedzialność za utrzymanie zbiorników ponoszą urząd marszałkowski i miejski. Mieszkańcy także mogą przyczynić się do poprawy przejrzystości jezior. Wystarczy nie stosować w wodzie szamponów z fosforanami.
Poniżej pełny zapis rozmowy:
Piotr Barełkowski: Jaki jest stan poznańskich i wielkopolskich jezior? Pytam przede wszystkim o stan Strzeszyńskiego i Kierskiego. Z tego co pamiętam, zajmuje się pan nimi i niemal codziennie bada ich przejrzystość. Czy będziemy mogli bezpiecznie się w nich chłodzić?
Jerzy Juszczyński: To są dwie kwestie. Jeśli bezpiecznie, to każdy myśli o tym, czy tam są bakterie. Ja się bakteriami nie zajmuję, robi to Sanepid, tak jak w przypadku sinic. Ja obserwuję ekologiczny stan jezior. To znaczy, ile mają w sobie biogenów, co się objawia w postaci zazielenienia, fitoplanktonu, czyli glonów roślinnych.
Tak upraszczając. Pierwszym etapem, kiedy coś niedobrego się dzieje, jest właśnie to zazielenienie. Degradacja przejrzystości wody. A później mamy te konsekwencje związane z bezpieczeństwem kąpieli. Jaki jest więc stan jezior Strzeszyńskiego i Kierskiego?
Od 10 lat je badam. Może nie codziennie, jak pan powiedział, ale raz na tydzień, raz na dwa tygodnie, staram się badać stan przezroczystości tych jezior i od czasu do czasu także Rusałki. Stan polskich jezior, tak generalnie, niestety nie jest dobry. Większość z nich, może ponad 60 procent, jest zaliczana do jezior mocno już zanieczyszczonych.
I to się z roku na rok pogarsza, prawda?
To zależy od jeziora i w jakim regionie kraju ono się znajduje. Aż tak tragicznie może nie jest. W różnych jeziorach w różnych częściach Polski, naukowcy i różne firmy próbują przeciwdziałać chemicznie. Próbują zablokować fosforany, które są największym zagrożeniem.
Coraz gorzej z całą pewnością dzieje się tutaj w Poznaniu. O tym właśnie chciałbym porozmawiać. Jak wygląda chociażby Jezior Strzeszyńskie, którego pan tak wiernie strzeże?
Jezioro Strzeszyńskie w 2011 roku zostało zalane ściekami. Mieszaniną ścieków deszczowych i sanitarnych z Góry Morasko z terenu gminy Suchy Las. Od tego czasu przez 9 lat było chemicznie rekultywowane, czyli blokowano fosforany za pomocą siarczanu żelaza. W tym roku tej chemicznej blokady nie będzie, natomiast mają być przeprowadzone kompleksowe badania stanu, wody, a także jedynego dopływu czyli Rowu Złotnickiego biorącego swój początek na Górze Morasko. Przez te 10 lat można powiedzieć, że stan jeziora nie osiągnął tego stanu z 2005 roku, gdzie mam wyniki dosyć dokładnie, bo robione przez naukowców z Zakładu Ochrony Wód UAM. W 2005 roku najlepsza przezroczystość majowa sięgała 7,5 metra. Potem przez te następne lata było ledwo 5 metrów przezroczystości.
Cała sprawa i paradoks tego, o czym mówimy, polega na tym, że wydaje się mnóstwo pieniędzy, czy z urzędu miasta, czy marszałkowskiego, na rekultywację i poprawienie stanu tej wody i te działania nie przynoszą żadnych efektów.
Niestety wyniki pomiaru przezroczystości wykazały ewidentnie, że jakieś zdecydowanej poprawy, jeśli w ogóle poprawy, nie ma. Też osobną kwestią jest aerator, również za duże pieniądze, który został umieszczony na jeziorze i miał je napowietrzać. A wyniki pomiarów prowadzonych przez 3 lata przez ekspertów z IMGW odnośnie przekroju tlenowego, czyli ile jest tlenu na poszczególnych głębokościach, wykazały, że ten aerator w ogóle nie jest w stanie napowietrzyć. Takie różne działania, łącznie prawie 2 miliony złotych pochłonęła ta rekultywacja Jeziora Strzeszyńskiego, wykazują, że albo naukowcy nie do końca panują, nad tym, co robią, albo jest to tak skomplikowana sytuacja, każde jezioro jest inne, że jest to bardzo trudno opanować i sterować. Wydaje się, ponieważ nie robiono tych badań jeziora, co jest podstawową kwestią, przez tyle lat, że chyba tutaj jest główny problem.
Dla mnie to jest oczywiste. Nie bada się, a stosuje kosztowne technologie. My przyzwyczailiśmy się do tego, że wiele działań obecnej administracji miasta jest niesfornych. Jesteśmy już na to uodpornieni wręcz. I tutaj jest kolejny taki przykład, że ładuje się mnóstwo pieniędzy, jak rozumiem, w te technologie, a ta woda jest coraz gorsza zamiast coraz lepszą.
Coraz gorsza to może nie jest. Ale w każdym razie nie poprawia się. Problem polega na tym, że aby ochronić i poprawić stan jezior, należy odciąć dopływ zanieczyszczeń. Jeśli nie odetniemy, to wszelkie działania chemiczne i blokowania fosforanów przyniosą tylko okresowy efekt. I na dłuższą metę to nic nie da. Jeżeli chodzi o Strzeszyńskie, wybudowano kilka lat temu, też z dużym nakładem kosztów, chyba 4 miliony, trzeci zbiornik retencyjno-filtrujący, który miałby zatrzymać ewentualnie spływ wody z Góry Morasko i Suchego Lasu, skąd zwykle płyną zanieczyszczenia. Ale okazuje się, że ten zbiornik chyba nie ma gospodarza, bo odpływ z tego zbiornika został całkowicie zarośnięty, bobry zbudowały sobie tamę na wylocie, poziom wody na tym wylocie się na tyle podniósł, że zalane zostały dwa kanaliki, które teoretycznie miały odprowadzać wodę przefiltrowaną, czyli ten zbiornik kompletnie w tej chwili nie filtruje nic. A co gorsza, jest on prawie w tej chwili, mimo tych kilku dni suchych, niemal całkowicie wypełniony. Czyli, jeśli dzisiaj po południu przyjdzie burza i spadnie 30-40 litrów na metr kwadratowy, to ten zbiornik nic nie zatrzyma. Cała masa tej brudnej wody, miejmy nadzieję, że tylko deszczowej, spłynie do jeziora.
Czyli coś się stało temu „misiu”. Uporządkujmy to, o czym mówimy. Z roku na rok pogarsza się, tak jak wynika z pańskich obserwacji przejrzystości, które ja też śledzę na Facebooku, i do tego zachęcam też państwa.
Profil Ratujmy-Strzeszynek na Facebooku.
Pan Jerzy jest takim samotnym wojownikiem o dobrostan wód otaczających Poznań. Jesteśmy na prostej drodze do tego, żeby za chwilę nie można się było tam kąpać. Zresztą, jak wiem, Sanepid okresowo zamykał oba akweny. W zeszłym roku i dwa lata temu. Tam były problemy z bakteriami. Powiedzmy sobie jasno. Co trzeba zrobić, żeby uratować te akweny, aby mogły nas cieszyć i chłodzić?
Potrzeba konsekwencji urzędników. Przykładem jest Jezioro Kierskie, które prawie od 40 lat jest napowietrzane dosyć kosztowną metodą, ona podtrzymuje życie biologiczne w tym jeziorze, ale jezioro kompletnie nie poprawia swojego stanu. W tej chwili 20 czerwca przezroczystość było tylko półtora metra. W poprzednich latach to było 2 metry, 1,9 metra, znowu 2 metry. To ostatnie cztery lata. Oczywiście każdy rok jest inny, ta przezroczystość może się wahać. Ale jeśli cztery kolejne lata pokazują, że ta przezroczystość była kiedyś lepsza niż dzisiaj, to jest bardzo mocny sygnał alarmowy, który pokazuje, że coś jest nie w porządku, szczególnie z Jeziorem Kierskim.
To jak je ratować? Musimy wskazać jakąś drogę.
Naukowcy na zlecenie urzędów wykonywali badania co kilka lat Jeziora Kierskiego i wskazywali co należy zrobić, odciąć dopływ zanieczyszczeń, prowadzić jakąś rekultywację, ale nie napowietrzanie, tylko, że nic za tym nie idzie. Zostało zrobione jakieś opracowanie, poszło na półkę, przysypał je kurz i tyle z tego było.
To chyba taki objaw konformizmu ze strony urzędników. Oni wolą płacić za stosowane od lat technologie rekultywacji, napowietrzanie wody, określone firmy biorą za to pieniądze, niż podjąć sprawę, wziąć na klatę i coś z tym radykalnie zrobić. Ale to wymaga i decyzji i odwagi, której, jak rozumiem, tutaj urzędowi brakuje. A i pewne powiązania biznesowe mogą przeszkadzać w tej zmianie stanowiska.
Naukowców mamy zajmujących się ochroną jezior. Jest kilka ośrodków akademickich, olsztyński, gdański, poznański czy szczeciński. Ludzie zajmują się tym i mają osiągnięcia naukowe. Precyzyjnie oceniają stan jezior. Tylko nie ma przełożenia pomiędzy wynikami badań naukowców, a działaniem potem administracji, ani samorządowej, ani rządowej, dla odcięcia przede wszystkim dopływy zanieczyszczeń, a później ewentualnie wybrania konkretnej metody rekultywacji, która według opinii szerokiego grona naukowców, a nie tylko jednego naukowca, bo oni też między sobą się różnią i każdy ma swój patent, a więc wybór metody, która by dawała w szerszej opinii największe szanse, żeby przezroczystość i generalnie stan jezior poprawić.
Tu mówimy po prostu o faktach. Faktem jest też to, że mamy na to pieniądze. Zawsze się mówiło, że nie ma pieniędzy na ekologię, cóż zrobić, ale przez te wszystkie lata wydano mnóstwo pieniędzy, na te działania, które nie przyniosły nic. I chyba to jest najbardziej bolesne z punktu widzenia osób zatroskanych stanem tej wody.
Tak, a jeszcze wisi nad nami Bruksela. Już kilka lat temu mieliśmy poprawić stan jezior, jak i drzew w Polsce. To nie nastąpiło. Był okres takiego przesunięcia tych wymagań. Ale to cały czas nad nami wisi, być może urzędnicy europejscy sobie przypomną i będą nas straszyć kolejnymi karami za to, że nie mamy poprawy, czy zdecydowanej poprawy stanu ekologicznego naszych wód powierzchniowych.
Wszystko to mówimy dlatego, że nasi słuchacze, podobnie jak, bardzo lubią kąpać się w tych akwenach, i jakość tej kąpieli jest wyraźnie zagrożona. Chciałbym, żebyśmy powiedzieli o tym, dlaczego tak się dzieje. Mówimy o dopływie, że są jakieś zanieczyszczenia, ale co jest źródłem tych zanieczyszczeń. Dlaczego te jeziora ulegają degradacji?
Eutrofizacja to jest takie naukowe określenie.
Proszę nie używać takich naukowych terminów…
To jest w internecie. Każdy może znaleźć. Każdy wie, że aby roślinka rosła, potrzebuje azotu, fosforu, słońca i odpowiedniej temperatury. I co dzieje się w jeziorach? Jeżeli do nich doprowadzimy biogeny, czyli fosforany i azotany, to, co na przykład jest w naszych ściekach komunalnych. Każdy proszek do prania, każda tabletka do zmywania naczyń, zawiera fosfor. Proszę sobie przeczytać na opakowaniu ich skład. To wszystko spływa do cieków, jezior czy rzek, i potem do Bałtyku, przez co mamy na przykład sinicę w Zatoce Gdańskiej. Ale także do jezior. Rozwijają się tam małe roślinki, glony, fitoplankton, które powodują zmniejszenie przezroczystości. Jak się skończy okres wegetacji one obumierają, następuje rozkład ich tkanek, do czego wykorzystywany jest tlen w wodzie, spada stężenie tlenu i robi się żybura mówiąc po poznańsku beztlenowa.
Na szczęście są technologie, dzięki, którym możemy przeciwdziałać temu stanowi. Możemy powodować, że ta woda nie będzie aż tak brudna.
Ona nie jest brudna.
Zanieczyszczona.
Glony tam są.
Ale w jakiejś perspektywie też groźna dla naszego zdrowia, bo mogą namnożyć się tam sinice.
Tak. Jeśli się pojawią, to już jest bezpośrednie zagrożenie dla zdrowia.
A nawet dla życia, bo już zdarzały się takie przypadki. My oczywiście nie chcemy państwa straszyć. Ten stan jest jeszcze przed nami. Jeszcze możemy coś zrobić tu i teraz. Chcemy wskazać na te problemy i na jakieś metody wyjścia. A impas polega na tym, że tutaj urzędy nie działają.
Jeszcze raz powtórzę. Odciąć dopływ zanieczyszczeń tak powierzchniowych, czyli z pól, jak i zanieczyszczeń ze ścieków komunalnych. Zbadać stan jeziora. Ocenić, ile tych fosforanów jest w osadach dennych i wodzie. Wtedy zastosować którąś z metod rekultywacji.
Tę pierwszą puentę dedykujemy urzędnikom miejskim i marszałka. Powiedzmy jeszcze, co my możemy zrobić. Mówimy tutaj o rolnictwie, o szkodach wynikających ze spływania nawozów sztucznych i chemii rolniczej. Ale też, ja to widzę niestety dość często, ilu z nas kąpie się w wodzie używając mydeł i detergentów przeróżnych.
Mydła akurat nie są szkodliwe, bo nie zawierają fosforanów, bakterie jakoś sobie dają radę.
Ale już szampon…
Szampon tak. Dlaczego stan jezior pogorszył się po 1965 roku? Wtedy wprowadzono w Polsce pierwszy proszek syntetyczny IXI 65, który miał fosforany, wcześniej pranie wykonywano za pomocą płatków mydlanych. I mydła. Każdy mył się mydłem. A mydła nie powodują takiej degradacji jezior, a są dobrze rozkładane przez bakterie.
Ja chciałem tylko tyle dodać, że uważajmy na to i dołóżmy się w taki sposób, aby nad wodą nie używać takich detergentów i szamponów. Ani IXI, ani OMO, nie wypierze tak jak ZOMO. To powiedzenie z dawnych lat dedykujemy także urzędnikom odpowiedzialnym za stan jezior około poznańskich.