NA ANTENIE: ANGELICA FAITH/SANTANA
Studio nagrań Ogłoszenia BIP Cennik
SŁUCHAJ RADIA ON-LINE
 

Willie Nelson i list miłosny dla życia - recenzja Ryszarda Glogera

Publikacja: 10.02.2023 g.13:01  Aktualizacja: 10.02.2023 g.10:09 Ryszard Gloger
Poznań
Willie Nelson dla milionów fanów na świecie jest uosobieniem nieistniejącego już świata wolnych ludzi, gdzieś z dala od współczesnej cywilizacji. Pierwszą piosenkę napisał jako siedmiolatek. Gdy miał 10 lat występował już z zespołem muzycznym.
Willie Nelson „A Beatiful Time” - Okładka płyty
Fot. Okładka płyty

Na zdjęciach z wczesnego okresu kariery, trudno rozpoznać ikonę muzyki country w gładko uczesanym przystojniaku w golfie i garniturze. Znamy przecież jego postać w kowbojskim kapeluszu, z długimi włosami lub splecionymi w dwa fikuśne warkoczyki. Jeszcze w latach 60-tych, kiedy zyskał uznanie jako kompozytor wielu przebojów, Willie Nelson znalazł się wśród grona wykonawców outlaw country, kultywujących tradycje klasycznej piosenki country. Oprócz aktywności muzycznej przejawiał temperament społecznika i stał się politykującym aktywistą.

Artysta z Teksasu w ciągu sześciu dekad nagrał ponad 70 solowych płyt. Willie Nelson skomponował setki piosenek, a zaśpiewał ich tysiące. Stworzył oryginalny styl, mieszając country, folk, bluesa, a nawet jazz. Kiedy śpiewa wydaje się, że rytm akompaniamentu jest jakby obok, a sam śpiewak nie poddaje się dyscyplinie, snując własną opowieść.

Płyta „A Beatiful Time” jest znowu wspaniałym wyrazem tego sposobu wykonawstwa. Już po pierwszym odsłuchaniu można określić album mianem klasycznego. Wśród 14 nagrań, są kompozycje samego Nelsona oraz piosenki napisane przez Leonarda Cohena, Johna Lennona i Paula McCartney’a oraz młodsze pokolenie gwiazd country Rodney’a Crowella i Chrisa Stapeltona.

Nagrania otrzymały bardzo skromną oprawę instrumentalną, nie ma ani jednego momentu, w którym piosenka miałaby formę bogatszą, uzupełnioną sekcją smyczkową czy chociażby bardziej nasyconym brzmieniem instrumentów klawiszowych. Słuchacz może poczuć się jakby znalazł się w przestronnym pomieszczeniu z kominkiem w tle, gdzie Willie Nelson śpiewa w otoczeniu kilku zaledwie muzyków. Są gitary akustyczne, miarowo odzywa się kontrabas, słychać subtelny akompaniament fortepianu. Perkusista z rzadka trąca pałeczką werbel, z rozwagą włączają się do gry harmonijka ustna i steel gitar. Wszyscy muzycy sprawiają wrażenie bardzo zrelaksowanych i uważnie podążających za solistą.

O dziwo z każdym utworem wkrada się trochę inny nastrój. Po dwóch żywszych piosenkach na początku, roztacza się klimat nagrania „Energy Follows Thought”, bardziej tajemniczy i skupiony. Szkoda, że piosenka tak szybko się kończy. Zaraz potem zaczyna kołysać rytm piosenki „Dreamin’ Again”. Jest utrzymana w ulubionej przez artystę formie ballady - walczyka. Zdecydowane ożywienie wprowadza nagranie „I Don’t Go To Funerals”, z silniej zarysowanym rytmem oraz wymianą partii instrumentalnych gitar akustycznych i harmonijki.

Willie Nelson śpiewa, o tym że nie lubi chodzić na pogrzeby. Wymienia kilka znanych gwiazd muzyki country, które pożegnał w ostatnim czasie, lecz nadal głosi pochwałę i radość życia. Jeszcze w kilku innych miejscach daje o sobie znać poczucie humoru artysty, który nawet w momentach smutku znajduje powody do optymizmu. W kolejnym kawałku wyraża ważną myśl, że „nie jesteśmy szczęśliwi, jeśli szczęśliwy nie jest ktoś nam bliski”.

Czasem piosenki na płycie „A Beatiful Time” przypominają nagrania Johnny’ego Casha napędzane rytmem dwóch gitar elektrycznych. Jest też sporo brzmień, a nawet wybrzmień gitar akustycznych, co pięknie wypełnia przestrzeń muzyki. Nawet piosenka „Tower Of Song” bez kojącego niskiego głosu Leonarda Cohena, wypada nadspodziewanie dobrze.

Artysta z Teksasu nie należy do tych, którzy swoją muzyką wyciskają łzy lub wywołują dreszcze u odbiorców. Jego piosenek słucha się zawsze z przyjemnością, nutką nostalgii i refleksji. Za chwilę Willie Nelson skończy 90 lat i zapowiada premierę kolejnej płyty. Wspaniale, że tak często możemy się zanurzyć w jego muzyce.

Album „A Beatiful Time” otrzymał właśnie nagrodę Grammy jako najlepszy album muzyki country. Bo Willie Nelson jest tylko jeden i bez dwóch zdań jest wspaniały.

https://www.radiopoznan.fm/n/mccQC8
KOMENTARZE 0