NA ANTENIE: Mała czarna
Studio nagrań Ogłoszenia BIP Cennik
SŁUCHAJ RADIA ON-LINE
 

Między grzechem i zbawieniem - recenzja Ryszarda Glogera

Publikacja: 12.12.2025 g.13:01  Aktualizacja: 12.12.2025 g.09:31 Ryszard Gloger
Poznań
Szczęśliwym trafem przez wiele lat radiowego życia, poznałem osobiście tysiące artystów światowego formatu i jeszcze więcej tych mało znanych, chociaż zasługujących na większe zainteresowanie. Zawsze fascynowało mnie jak bardzo muzyka jest sprzężona z jej twórcą i czy zachowanie artysty w bezpośrednim kontakcie, oddaje charakter jego muzyki. Bywało różnie, czasem te dwa wektory zupełnie się rozchodziły. Spokojny, ułożony muzyk eksplodował na płycie lub na koncercie.
Robert Randolph "Preacher Kids" - okładka płyty
Fot. okładka płyty

Spis treści:

    W przypadku Roberta Randolpha muzyka i człowiek były organiczną jednością. Pierwsze bliskie spotkanie z muzyką afro-amerykańskiego artysty było płytowe. Muzyka energiczna, wibrująca i gorąca w każdym takcie. Lider grał na rzadko spotykanym instrumencie w bluesie, na pedal steel guitar. Zwykle ozdabiający brzmienie piosenek country, wspomniany instrument znalazł jeszcze jedno ważne miejsce. W kościele. Afroamerykanie wprowadzili pedal steel guitar do obrzędu mszy i muzyka religijna zyskała szczególny rodzaj gitarowych dźwięków. Właśnie w takich miejscach rozwijał się talent Roberta Randolpha. A potem założył rodzinną kapelę i zadebiutował na płytach.

    W 2014 roku muzyk wystąpił na festiwalu Rawa Blues. Była okazja nie tylko zobaczyć Randolpha i chłonąć koncert, lecz także obserwować niezwykłą ruchliwość muzyka w hotelu i w niewielkim klubie. Rytm i dźwięki miał wpisane w swoje DNA. W Spodku w Katowicach Robert Randolph & The Family Band (grupa siedmioosobowa) nasycił swoją muzykę nieprawdopodobnym stężeniem rytmiki. ,Randolph wydawał się przy swoim oryginalnym instrumencie opętany eskalowaniem rytmicznego transu i chyba od czasów występu na Rawie C. J. Cheniera nikt tak metodycznie nie wkręcił widowni w taniec. Co ważne technika gry i środki wykorzystywane przez Randolpha udowodniły jego wirtuozowską klasę. Robert Randolph prywatnie, na scenie i na płytach był po prostu złożony z muzyki.

    Po kilkunastu latach kariery, artysta nagrał pierwszy solowy album zatytułowany „Preacher Kids”. Wydawcą albumu jest legendarna wytwórnia Sun Records z Memphis. Właściwie ogólnie jego muzyka nie zmieniła się bardzo, jest nadal nadzwyczaj energetyczna, nowoczesna i jak przystało na wątki religijne, uduchowiona. Robert Randolph nagrywał w towarzystwie muzyków pochodzących z rodzin, których głową jest zawsze pastor. To szczególna grupa, wchodząca na wyższy poziom integracji. Dlatego nad całością nagrań, unosi się klimat muzyki gospel. Na pozór słuchamy mieszanki rocka, funku i soulu, lecz w bardzo specyficznym ujęciu. W tekstach piosenek nie słychać bezpośredniej afirmacji Boga i wiary, jednak gdy wsłuchamy się w kolejne 10 nagrań, zawsze miłość i dobro pokonują zło i grzech.

    Robet Randolph stworzył muzykę bardziej agresywną i intensywną, niż ta z jego poprzednich płyt. Można powiedzieć, że symbolicznie to jest rock and roll XXI wieku. Silnie zakotwiczony w bluesie, przepełniony elektrycznością, drapieżną grą i ekspresją wokalną. Nawet spokojna piosenka J.J. Cale’a „I’d Like To Love You Baby”, na płycie Randolpha nabrała dynamicznego kształtu. W jednym z utworów „King Karma” gościnnie zaśpiewała piosenkarka country Margo Price.

    Niespodzianką jest także to, że opis płyty prezentuje 10 nagrań, natomiast na płycie jest utworów 12. Dwa dodatkowe nagrania nie mają tytułów a są równie wspaniałe jak cała reszta. Moje ulubione numerki tego wydawnictwa to 1, 2, 3, 5, 6, 8, 12. Jednak najlepiej oddać się zawartości płyty bez reszty, od początku do ostatniego nagrania „Roosevelt Pool”. Żeby nie uronić ani chwili.

    https://www.radiopoznan.fm/n/Fof1PG