NA ANTENIE: SPIEWAC KAZDY MOZE (1977)/JERZY STUHR
Studio nagrań Ogłoszenia BIP Cennik
SŁUCHAJ RADIA ON-LINE
 

Judith Hill: wielki świat w wiosenny wtorek

Publikacja: 23.04.2026 g.08:58  Aktualizacja: 23.04.2026 g.09:04 Marcin Żyski
Poznań
Recenzja Marcina Żyskiego.
pap_20250801_2T2 (Copy) - Balazs Mohai - PAP/EPA
Fot. Balazs Mohai (PAP/EPA)

Spis treści:

    “Dawno żaden koncert nie podobał mi się od samego początku do samego końca” - usłyszałem opuszczając Blue Note od człowieka, który słyszał już na żywo wszystko i to wiele razy.

    Padły też słowa: “Czułem się jak w Nowym Jorku”. Wielki świat we wtorkowy wiosenny wieczór w stolicy Wielkopolski - podobnie chyba odczuwali wszyscy zgromadzeni w wypełnionym klubie, z każdym kolejnym utworem wzmagał się aplauz. Bardzo chcieliśmy pokazać Judith, że doceniamy to niecodzienne, jakby z innego świata pochodzące doświadczenie, a ona rewanżowała się kolejnymi perełkami, które wydawały się jeszcze lepsze od poprzednich.

    Kiedyś śpiewała z Prince’em i Michaelem Jacksonem, dziś śpiewała dla Poznaniaków momentami jak Aretha Franklin albo wczesna Tina Turner (echa “Nutbush City Limits”), czasem jak Lauryn Hill albo… wspomniany Prince, który - jak nam opowiedziała - wymienił jej w jednym z refrenów jedno “Cry” na trzy razy “Cry”. Przypominała Małego Księcia także wtedy, gdy niektóre z jej fraz zaczynały się wokalnie, a kończyły gitarowym solo.

    “We want the funk!” śpiewaliśmy razem z (wielką) artystką na bis do charakterystycznej linii basu, przypominającej klasyk George’a Clintona - inspiracje muzyką Funkadelic i Sly& The Family Stone były zresztą częste, tak jak zmiany rytmów, brzmień i melodii w ramach poszczególnych utworów. Jakby każdy z nich składał się z trzech innych, jakby bębniarz miał trzy różne perkusje, a mama i tata Judith na klawiszach i basie (naprawdę!) najlepiej na świecie wiedzieli, w którym momencie piosenki najlepiej się nieco wyróżnić, a w którym nagle zniknąć.

    Plus rozłożyste, nasiąknięte bluesem ballady, które - może z pomocą autosugestii - zdawały się być kuzynami “Purple Rain”. Były też gitarowe riffy rodem z Lennego Kravitza, basy dla fanów Red Hot Chili Peppers czy Hammondy pamiętające klimat przełomu lat 60. i 70.

    Na koniec Judith krzyczała “We love you!”, choć wcześniej ograniczyła się do tylko do krótkich przemów o “niedoskonałościach istoty ludzkiej” albo “silnych kobietach”, wywołując pytaniem te z nich będące na sali. Wielki świat, wielka muzyczna uczta. Płyta “Letters From a Black Widow” w wersji studyjnej to świetny materiał, ale w okolicznościach koncertowych błyszczy potrójnie mocno. Duch Prince’a szedł z nami do domów, w sam raz na dokładnie 10. rocznicę jego śmierci.

    https://www.radiopoznan.fm/n/PFceSG
    KOMENTARZE 0