W innych polskich tytułach pisano m.in. o narodzinach wielkiej gwiazdy, o „polskiej Beyonce”, a po wtorkowym półfinale byliśmy pewni, że przynajmniej w pierwszej turze nikt nie ma takiego głosu, jak Alicja Szemplińska. A jednak pozycja 12. i zwłaszcza śladowa liczba głosów od publiczności rozczarowują. Dlaczego „Pray” przegrało z „Bangaranga”? I z dziesięcioma innymi piosenkami?
Bułgarska zwyciężczyni postawiła na prosty, wręcz prostacki euro-dance’owy beat z elementami Lady Gagi, imprezowy hiciorek z nośnym, często powtarzanym słowem z szuflady „Macarena” czy „Gasolina”. Do wspólnego skakania, i wspólnych uśmiechów z przyjaciółmi, niektórych ironicznych. W porównaniu do Dany Alicja mogła się wydać zbyt poważna, a nawet pretensjonalna. I, być może, zbyt mało młodzieżowa.
Mimo że w jej piosence też nie brakowało odniesień do dzisiejszych trendów – po monumentalnym wstępie rodem ze świątyni usłyszeliśmy modny, trapowy bas, chwilę rapu, a potem jeszcze trochę melodii z przeboju Shakiry czy wspomnianej Beyonce - pytanie, czy one pasowały do ogólnego wydźwięku „Pray”. Czy zamiast jednego utworu nie dostaliśmy trzech jednocześnie? Prawdopodobnie słuchacze otrzymali w tej piosence zbyt wiele danych do przetworzenia i nawet porywająca, idealnie wycelowana w Eurowizję końcówka nie zdołała uratować sytuacji.
Całość kompozycji i wykonania bardziej wydawała się być wycelowana w imprezę w rodzaju MTV Music Awards, co powinno być dla Alicji świetną prognozą na przyszłość. „Pray” nie wygrało Eurowizji, nie będzie też przebojem w Polsce, bo bardziej się nadaje do USA. Przegrała bitwę, wygrała karierę? Może nawet międzynarodową? Niewykluczone – jej potężny głos i charyzma mają szansę spodobać się pod każdą szerokością geograficzną.