NA ANTENIE: HEY JOE/WILLY DE VILLE
Studio nagrań Ogłoszenia BIP Cennik
SŁUCHAJ RADIA ON-LINE
 

Afera wokół szkolnych fotografii. Czy urzędnicy naprawdę szykują zakaz?

Publikacja: 08.06.2026 g.09:46  Aktualizacja: 08.06.2026 g.09:56 Grzegorz Ługawiak
Poznań
Kto zabiera dzieciom zdjęcie klasowe? Nikt. Ale plotka już zdążyła obiec szkołę.
strefa ciszy szkoła klasa lekcja - Wojtek Wardejn
Zdjęcie poglądowe / Fot. Wojtek Wardejn

Spis treści:

    Co jakiś czas w polskim Internecie pojawia się historia, która idealnie trafia w zbiorowe emocje. Nie musi być prawdziwa, wystarczy, że jest odpowiednio skonstruowana. Najlepiej, jeśli zawiera trzy składniki: dzieci, urzędnika i rzekomy zakaz czegoś, co wszyscy uważamy za normalne. Tym razem padło na zdjęcia klasowe.

    W mediach społecznościowych krążą informacje o tym, że Rzecznik Praw Dziecka chce zakazać zbiorowych fotografii dzieci, by "nie eksponować różnic płciowych". Dla wielu ludzi zabrzmiało to jak kolejny przykład urzędniczej przesady. Bo przecież zdjęcie klasowe to nie tylko fotografia, ale pamiątka z dzieciństwa, twarze kolegów, których po latach trudno byłoby sobie przypomnieć.

    Rzecz w tym, że nikt takiego zakazu nie proponuje. To klasyczny przykład mechanizmu, który od lat obserwujemy w debacie publicznej. Ktoś mówi o potrzebie ostrożniejszego publikowania wizerunku dzieci w Internecie, ktoś inny skraca tę wypowiedź do hasła "ograniczenie zdjęć dzieci". Następny użytkownik mediów społecznościowych dopisuje własną interpretację. Po kilku godzinach powstaje już nowa rzeczywistość: "chcą zakazać zdjęć klasowych". A to nie jest to samo. W całej sprawie chodzi bowiem nie o wykonywanie fotografii, lecz o ich rozpowszechnianie. To zasadnicza różnica. Żyjemy w czasach, w których jedno kliknięcie potrafi wysłać wizerunek dziecka na drugi koniec świata. Raz opublikowanego zdjęcia często nie da się już skutecznie usunąć. W tym kontekście pytanie o ochronę prywatności najmłodszych nie jest przejawem szaleństwa, lecz zwykłego rozsądku. Rzecznik Praw Dziecka od dłuższego czasu zwraca uwagę właśnie na ten problem. Nie mówi: "nie róbcie zdjęć", ale raczej: "zastanówcie się, gdzie i po co je publikujecie".

    Z tym stanowiskiem można oczywiście dyskutować. Można spierać się o granice prywatności, zakres zgód czy interpretację przepisów. Na tym polega demokratyczna debata. Trudno jednak prowadzić ją uczciwie, jeśli punktem wyjścia staje się twierdzenie, którego nikt nie wypowiedział. Co ciekawe, historia o rzekomym zakazie zdjęć klasowych pokazuje jeszcze jeden problem. Coraz częściej nie reagujemy na fakty, lecz na własne wyobrażenia o faktach. Oburzamy się na nagłówek, którego nie zweryfikowaliśmy. Udostępniamy informację, której nie przeczytaliśmy. Komentujemy artykuł, którego autor nawet nie napisał tego, co mu przypisujemy.

    Internet premiuje emocje. Sprostowanie zawsze przegrywa z sensacją. Informacja "Rzecznik apeluje o rozsądne publikowanie zdjęć dzieci" nie ma szans konkurować z nagłówkiem "Chcą zakazać zdjęć klasowych!”. Pierwsza jest nudna. Druga wywołuje natychmiastową reakcję. A przecież właśnie odróżnianie jednego od drugiego powinno być podstawową umiejętnością współczesnego odbiorcy mediów. Nie oznacza to, że wszystkie działania urzędów należy przyjmować bezkrytycznie. Wręcz przeciwnie. Dziennikarstwo istnieje między innymi po to, by patrzeć instytucjom na ręce. Jednak równie ważne jest prostowanie nieprawdziwych informacji. Nawet wtedy, gdy są atrakcyjne politycznie albo światopoglądowo.

    https://www.radiopoznan.fm/n/ZK3Qod
    KOMENTARZE 0