NA ANTENIE: Radioranek
Studio nagrań Ogłoszenia BIP Cennik
 

Tajnie podsłuchiwany John Mayall - recenzja Ryszarda Glogera

Publikacja: 03.11.2023 g.13:01  Aktualizacja: 03.11.2023 g.11:08 Ryszard Gloger
Poznań
Są takie płyty, które wzbudzają zainteresowanie głównie fanów konkretnego artysty, archiwistów, dziennikarzy, szperaczy i poszukiwaczy wszelkich niepublikowanych materiałów dźwiękowych. O istnieniu koncertowych nagrań zespołu Johna Mayalla z 1967 roku nikt nie wiedział, oprócz bezpośrednich świadków tych pirackich rejestracji. Pewnie z uwagi na kiepską jakość techniczną nikt też nie przykładał do nich większej wagi.
Johna Mayall’s & Bluesbreakers „Live In 1967 – Volume Three” - okładka płyty
Fot. okładka płyty

Młody fan z Holandii Tom Huissen przyjechał do Londynu i ze sprzętem nagrywającym pod pachą, wchodził na koncerty w pięciu różnych klubach, będącego wówczas na fali zespołu The Bluesbreakers Johna Mayalla. Nie wiem jak uszło uwadze organizatorów, że młodzieniec taszczy ze sobą magnetofon nagrywający na jedną ścieżkę taśmy. Tymczasem Holender bezczelnie nagrywał koncerty jak leci. Pewnie nikt wtedy nie był tak restrykcyjnie nastawiony do takich fanaberii, sądząc, że jakiś dziwak próbuje utrwalić coś, co nie może zagwarantować dobrego efektu rejestracji. Wszystko było mało istotne aż do momentu, gdy liczni adoratorzy bluesa i sam John Mayall uświadomili sobie, że te nagrania pozwalają posłuchać muzyków, którzy za moment odejdą i utworzą zespół Peter Green’s Fleetwood Mac.

Skład z Bluesbreakers z Greenem na gitarze, Johnem McVie na basie i Mickiem Fleetwoodem na perkusji istniał zaledwie trzy miesiące. Odkurzone nagrania są jedynym dokumentem gry Mayalla z Peterem Greene’m na żywo. Mimo, że zapis poddano obróbce technologicznej, jego jakość jest bardzo niska. Gdyby chodziło o muzykę zespołu The Beatles lub Elvisa Presley’a, można by za ogromne pieniądze i przy użyciu sztucznej inteligencji, odrestaurować pirackie nagrania i nadać im formy odpowiadające współczesnym standardom. Każde zainwestowane pieniądze w takie działania zwróciłyby się wielokrotnie. W przypadku koncertów The Bluesbreakers, nie chodzi jednak o komfort dźwiękowy, lecz o zetknięcie się z niezwykłą muzyką.

Słuchanie gry Greene’a w takich standardach bluesa jak „Double Trouble”, „So Many Roads” lub „Someday After Awhile”, jest unikatowym przeżyciem. Poznajemy również tajemnice stylu gitarowego Greene’a, który w porównaniu z Claptonem grał miękkim, momentami słodkim dźwiękiem, a jego frazy były bardziej melodyjne i przepełnione emocjami. Chociaż na ogół Greene grał bardzo ekonomicznie, cyzelując dźwięki i nadając im znaczenia, są momenty, kiedy jego gra staje się mniej kontrolowana a górę bierze bluesowy instynkt. Takiego Greene’a słychać w instrumentalnym utworze „San-Ho-Zay”.

Pierwszy wolumen „pirackich” nagrań wywołał kilka lat temu duże poruszenie i kiedy wydawało się, że już nic więcej się nie wydarzy, producent Eric Corne dorzucił drugą część rejestracji na kolejnej płycie. Te nagrania powstały w londyńskich klubach Klooks Kleek, The Marquee i Ram Jam. Co ważne tylko wykonania dwóch utworów się powtarzają. Nawet dla posłuchania Mayalla i Peter’a Green’a w utworze „Tears In My Eyes” warto dotknąć także tej drugiej płyty. Green wchodzi na gitarowe podium w nagraniach „Greeny” i „So Many Roads”. Może zachwycić zmienność nastroju w utworze „Talk To Your Daughter” i harmonijkowa jazda Mayalla w numerze „Your Funeral And My Trial”.

Wsłuchując się z uwagą nagraniom da się wyczuć napiętą atmosferę tamtych klubowych koncertów. Pod koniec listopada 2023 roku John Mayall ukończy 90 lat. Okres jego działalności z zespołem The Bluesbreakers budzi niezmiennie szczególne zainteresowanie z uwagi na skład muzyków i ich dynamiczną grę.

Po dwóch płytach wydanych w 2015 i 2016 roku z „pirackimi” rejestracjami The Bluesbreakers, fanom trafia się niespodziewanie trzeci wolumen. O mizernej jakości nagrań już pisałem i pod tym względem nic się nie zmieniło. Współproducent płyty Eric Corne przyznaje, że materiał dźwiękowy poddany technologicznej obróbce odbiega od standardów hi-fi. Jednak to co słychać na płycie oddaje świetnie gęstą atmosferę koncertów, nieprawdopodobną energię całego zespołu i przede wszystkim szalony wręcz styl gry na gitarze Petera Greena. Kapitalny pod tym względem jest instrumentalny utwór „The Stumble”, absolutny popis oszałamiającej techniki, inwencji i pasji gry Greena. Równie duże wrażenie robi emocjonalna gitara w świetnej, kolejnej wersji utworu „Tears In My Eyes”.

Mając możliwość porównania wykonań tych samych utworów w różnych klubach słyszymy, że Mayall z kolegami nigdy nie odgrywał utworów, za każdym razem było to inne, niepowtarzalne wykonanie. W tym autentyzmie tkwi siła muzyki zespołu The Bluesbreakers i jego historyczna doniosłość. Trzecia płyta trwa 40 minut i składa się z 8 utworów zarejestrowanych w kolejnych klubach.

Śpiew Johna Mayalla nigdy nie był pociągający i w tym przypadku także nie daje pełnej satysfakcji. Jednak lider zespołu wynagradza to grą na organach i w kilku solowych partiach na harmonijce ustnej. Warto podkreślić, że The Bluesbreakers na płycie to fantastyczna sekcja rytmiczna John McVie (bas) i Mick Fleetwood (perkusja). Warto sobie uświadomić, że za chwilę cała trójka zostawiła Mayalla na lodzie i stworzyła zespół Fleetwood Mac.

Trudno się nie wzruszyć i nie dać ponieść sentymentalnym refleksjom. Te zaczarowane krążki są przede wszystkim wypełnione gitarową duchowością Petera Greene’a i chwała, że pewien fan z Holandii to zarejestrował i ocalił dla miłośników bluesa.

https://www.radiopoznan.fm/n/1MaZbf
KOMENTARZE 0