Wypadek podczas wycinki drzew. 35-latek ciężko ranny
A właśnie Atomic Rooster! Dziw bierze, że ta grupa w ogóle istnieje. Echo końcówki lat 60-tych w Wielkiej Brytanii, oryginalnie przełamany hard rock w stronę rocka progresywnego. Były trzy pierwsze płyty, które wspaniale odzwierciedlały styl i brzmienie kapeli. Potem w Atomic Rooster pojawiło się na krótko lub nieco dłużej, wielu wspaniałych muzyków (m.in. wokalista Chris Farlowe). O zakończeniu tego rozdziału w rocku, przesądziła definitywnie śmierć organisty, kompozytora i wizjonera Vincenta Crane’a w 1989 roku. Po długiej przerwie, w 2016 roku wdowa po Crane’ie wyraziła zgodę na reaktywowanie Atomic Rooster przez dwóch muzyków z wczesnego okresu: Steve’a Boltona oraz wokalistę Petera Frencha.
Nowa płyta Atomic Rooster po 40 latach przerwy jest jakimś ewenementem. Nazwa grupy jest już w tym przypadku bardzo umowna, W składzie muzyków ostał się już jedynie Steve Bolton. Reszta to młodzież. Umówmy się nie inaczej jest w wielu zespołach, których historia sięga tak odległych czasów. Dla młodego odbiorcy, ciekawego muzyki sprzed pół wieku, płyta „Circle The Sun” będzie mało intrygująca. Zupełnie inaczej będzie w przypadku fanów związanych z muzyką zespołu uczuciowo i metryką. Oni, przeżyją miłe chwile.
Kwartet chce bowiem od pierwszych akordów utworu „Fly Or Die” przywołać klasyczne brzmienie i muzykę napędzaną przez partie organowe. W miarę poznawania następnych utworów - a jest ich na płycie 10 - słuchacz utwierdzi się w przekonaniu, że muzycy wręcz chcą się poruszać w ograniczonym obszarze. Dlatego ta muzyka nie wychodzi poza ramy mocno zarysowanego pierwotnie stylu. Żadnych nowych rozwiązań nie słychać. Gitara jest mocnym wsparciem instrumentów klawiszowych, lecz gra Boltona jest oszczędna, a może nawet zachowawcza. Jeszcze utwory „Circle Sun”, „Rebel Devil”, nawiązujące do dawnego Atomic Rooster, sprawiają przyjemność. Później zespół nie próbuje zaspokoić potrzeby świeżości pomysłów i bogatszych aranżacji nagrań. Uwagę przykuwa utwór „Pillow” mroczną atmosferą i gotyckim wymiarem. Jednak potem niewiele wnosi nagranie „Last Night”. Nijakość bije z utworu „First Impression”. Dobre wrażenie robi na finał kawałek „Blow That Mind”, odwołujący się raz jeszcze do charakterystycznego stylu zespołu na początku działalności.
Kto lubi brzmienie organów Hammonda, lekkie sprzężenia, fermaty i gitarowy podklad, spędzi trzy kwadranse pod dyktando tego wspaniałego instrumentu. Wtedy na pewno powspomina najlepsze czasy brytyjskiej kapeli Atomic Rooster.