NA ANTENIE: Serwis informacyjny
Studio nagrań Ogłoszenia BIP Cennik
SŁUCHAJ RADIA ON-LINE
 

Czarodziej gitary powraca - recenzja Ryszarda Glogera

Publikacja: 14.07.2023 g.13:01  Aktualizacja: 14.07.2023 g.12:51 Ryszard Gloger
Poznań
Już we wczesnym stadium kariery Mike’a Welcha przylgnęło do jego nazwiska określenie „Monster”. Określenie „potwór” nadał gitarzyście znany aktor Dan Aykroyd, właściciel klubu House Of Blues w Cambridge w stanie Massachussets.
Mike Welch „Nothing But Time” - okładka płyty
Fot. okładka płyty

Welch miał 13 lat, kiedy zagrał w 1992 roku na otwarcie klubu i mocno się zdziwił, gdy zamiast zwykle funkcjonującej zapowiedzi Little Mikey, znany z filmów „Blues Brothers” i „Ghostbusters” aktor Dan Aykroyd, zrobił z niego potwora. Po trzydziestu latach kariery, nadal nikt nie kwestionuje tego buńczucznego zapowiadania występu amerykańskiego gitarzysty. Mało tego, nawet gitarzyści o światowej renomie, podmawiają się Welch’owi o udzielenie rad i lekcji wirtuozowskiej gry. Mike Welch miał od wczesnej młodości silną konkurencję podobnych sobie młodocianych fenomenów instrumentu, takich jak Joe Bonamassa, Kenny Wayne Shepherd i Jonny Lang.

Był dwa lata młodszy niż Bonamassa i Shepherd, dwa lata starszy od Langa. Wszyscy wymienieni wzbudzali podziw odbiorców i zachwyt dużo starszych gitarzystów. Nastolatki tchnęły nową energię do bluesa, kiedy w krótkich odstępach czasu nagrali debiutanckie płyty. W taki właśnie sposób do gry wszedł siedemnastoletni gitarzysta z Bostonu Mike Welch.

Sam uczył się bluesowych reguł od B.B.Kinga, Magic Sama i Earla Hookera. Słuchał też płyt ojca, który najczęściej odpalał na gramofonie winyle angielskich zespołów The Beatles i The Rolling Stones. Mike Welch na płycie debiutował jako nastolatek. Od razu prezentował własne kompozycje i wspaniałą grę. Na pierwszych płytach wielu raził trochę śpiew młodego chłopaka, w przeciwieństwie do dojrzałej prezentacji instrumentalnej. Dlatego Welch często zapraszał rasowych wokalistów do współpracy.

W 2016 roku na koncercie w Chicago objawił się niezwykły duet gitarzysty Mike’a Welcha i wokalisty Mike’a Ledbettera. Zespół Mike Welch-Mike Ledbetter Connection był w dużym natarciu przez następne trzy lata. W zespole Welch-Ledbetter Connection wszystko układało się znakomicie, wreszcie gitarzysta znalazł partnera muzycznego swoich marzeń. Nagrali płytę, która odniosła spory sukces, a sam gitarzysta przez trzy kolejne lata 2017, 2018 i 2019 był nominowany do Blues Music Award.

Nagle i niespodziewanie w styczniu 2019 roku Ledbetter zmarł w wieku 33 lat. Jak stwierdził Welch, to było coś znacznie silniejszego niż przyjaźń. A potem jeszcze pandemia Covid-19 i uczucie beznadziei jakie ogarnęło gitarzystę. Jednak trzeba było jeszcze kilku lat, żeby potwór bluesowej gitary mógł powrócić. Mike Welch nagrał płytę „Nothing But Time” z udziałem wysokiej klasy muzyków i napisał prawie wszystkie utwory na krążku. Czarodziej gitary postanowił nie wiązać się z żadnym wokalistą, lecz zaśpiewał w 14 utworach sam. Rezultat jest nie gorszy niż ten sprzed wielu, wielu lat, kiedy uwielbiany gitarzysta Eric Clapton dał po raz pierwszy głos. Który to już przykład, że wybitny instrumentalista próbuje zaistnieć również jako wokalista. I tym razem trudno Welch’owi cokolwiek zarzucić.

Repertuar płyty „Nothing But Time” uzupełniają dwa standardy bluesowe Roberta Johnsona, Buddy’ego Guy’a oraz piosenka George’a Harrisona (The Beatles) zatytułowana „I Me Mine”. Od pierwszych taktów utworu „Walking To You Baby” słychać bogate, rasowe granie. Treści muzyki wcale nie wypełnia nieustanne pitolenie na gitarze, lecz gra sekcja dęta, czasem wciskają się na solo instrumenty klawiszowe, jest tu i ówdzie żeński chórek, na harmonijce harce uskutecznia sam mistrz Rick Estrin. Jednak gdy wchodzi partia gitary, wszystkie plany dźwiękowe stają się jeszcze bardziej klarowne, a Welch nie szczędzi ekspresji gry prawie w każdym dźwięku. Nawet harrisonowska piosenka wypada znakomicie w konwencji bluesowej. Rzeczywiście z gitary Mike Welch wyciska wszystkie soczystości i robi to pewnie i z dużą brawurą. Świetnie brzmi kawałek „Offswitch Blues”, szybki i lekko kołyszący rytm, z częstymi potyczkami instrumentalnymi gitary i dęciaków. W nagraniu „Losing Every Battle” gitarzysta narzuca duże tempo, a cały utwór nawiązuje do stylu legendarnego Magic Sama.

Żywiołowy, wysmakowany blues w czarodziejskim wydaniu. Tylko kogoś mało wrażliwego, nie ruszy ta muzyka. Ale przecież tacy nie słuchają muzyki w ogóle.

https://www.radiopoznan.fm/n/5SKCTh
KOMENTARZE 0