NA ANTENIE: Luz blues
Studio nagrań Ogłoszenia BIP Cennik
SŁUCHAJ RADIA ON-LINE
 

Znachor, czyli historia, która leczy

Publikacja: 02.10.2023 g.10:11  Aktualizacja: 02.10.2023 g.12:58 Anna Jaworska
Poznań
Na targach książki częstymi obrazkami są ludzie ustawiający się w długich kolejkach po autograf ulubionego pisarza czy autorskie spotkania z miejscami zajętymi do ostatniego krzesła. Popkultura jest napędzana uwielbieniem fanów, którzy czekają na kolejne kąski literackiej produkcji (na niej się na razie skupmy, choć zasada jest ogólna).
pap_20230918_257 (Copy) - FOTON/PAP
Fot. (FOTON/PAP)

Spis treści:

    Dziś jednym tchem możemy wymienić nazwiska takie jak Ćwiek, Chmielarz, Mróz, Bonda. W dwudziestoleciu międzywojennym niekwestionowanym królem powieści popularnej był Tadeusz Dołęga-Mostowicz. To on stoi za „Karierą Nikodema Dyzmy” i „Znachorem”. Pisał scenariusze, powieści, był dziennikarzem. Nie pierwszy raz zdarza się to powinowactwo dziennikarstwa i pisarstwa. Obie profesje z sukcesami łączyli choćby Henryk Sienkiewicz, Bolesław Prus czy Leopold Tyrmand. Znajomość bieżących spraw, tego, czym żyje ulica, historie z półświatka i matrymonialne ogłoszenia – tkanka, z której tworzona była prasa, były chlebem powszednim także Dołęgi-Mostowicza, który potrafił tę wiedzę zamienić w historie, które elektryzowały czytelników. Nie tylko w naszym kraju. O prawa do ekranizacji książek Dołęgi-Mostowicza ubiegało się Hollywood, jednak plany zatrzymała śmierć pisarza.

    Tak też było ze „Znachorem”. Co ciekawe, najpierw Dołęga-Mostowicz napisał scenariusz pt. "Znachor", ale nie został on dobrze przyjęty. Dlatego przerobił go na powieść – jak wiemy, z ogromnym powodzeniem. Głód tego, jak rozwija się historia doktora Wilczura – wybitnego ortopedy, wzmagała publikacja powieści w odcinkach. Znachor trafia na ekrany kinowe dwukrotnie: w roku 1937 oraz w roku 1981. Od tego momentu Znachor ma twarz Jerzego Bińczyckiego i tak było do końca września tego roku. Zgodnie z duchem czasów, tym razem Znachor trafił do widzów za pośrednictwem platformy internetowej i od momentu premiery pozostaje najchętniej oglądanym filmem w Polsce spośród tytułów Netfilxa.

    Ta premiera obciążona była naszym telewizyjnym przyzwyczajeniem, inni powiedzą – rytuałem oglądania filmu z Jerzym Bińczyckim co roku choćby pierwszego listopada. Historia o lekarzu-superbohaterze, wiarołomnej żonie, utracie majątku, ale o zyskiwaniu ludzkich serc bez względu na życiowy status bohatera czy potrzebujących wzruszała i wzrusza na równi kobiety i mężczyzn. Uświadommy sobie jedną rzecz: ekranizacja w reżyserii Jerzego Hoffmanna z 1981 zrobiła ze „Znachora” niemalże dzieło narodowe. Dlatego oczekiwanie na nową wersję było nerwowe i pełne obawy, że będziemy mieli do czynienia z szarganiem naszej kinematograficznej świętości.

    Nic podobnego na szczęście się nie wydarzyło. Mamy tu jednak do czynienia z rozpisaniem wątków, które poprzednio biegły inaczej lub bardziej powściągliwie. Ogromna w tym zasługa scenarzystów: Marcina
    Baczyńskiego i Mariusza Kuczewskiego. Zmiana akcentów w przebiegu tej historii dla „porównywaczy” wersji „Znachora” jest – tak to odczytuję – formą igraszki z widzem. A zabawa jest przednia. Kto nie wie lub nie chce szukać, nie musi. Kto zechce – nie powinien czuć się zawiedziony. Zacznijmy od momentu, w którym od doktora Wilczura odchodzi żona. W tej wersji to dzień urodzin córki Marysi, pierwotnie była to ósma rocznica ślubu. Inaczej też rozpoczyna się cała historia. Rafał Wilczur w wersji podstawowej pije z rozpaczy po utraconej miłości i pewnego dnia po popijawie traci pamięć. W najnowszej wersji zostaje napadnięty i pobity podczas poszukiwań żony. Ta zmiana jest nawiązaniem do biografii Dołęgi-Mostowicza, który sam został dotkliwie pobity, i do literackiej wersji „Znachora”.  Zawodowy partner Wilczura – profesor Dobraniecki – nakreślony jest zupełnie inną kreską. Jednoznacznie jest tym razem czarnym charakterem. Do tego stopnia, że odebrano mu wygłoszenie kultowej kwestii: „Wysoki sądzie, szanowni Państwo, to jest profesor Rafał Wilczur”. Kto rozpoznaje w Antonim Kosibie Rafała Wilczura? Tego nie zdradzę.

    Co do czarnych charakterów – znakomity aktorski kąsek przypadł Izabeli Kunie, grającej hrabinę Czyńską, która w duecie z Mikołajem Grabowskim daje epizodyczny koncert. Zasługa to zarówno aktorów, jak i scenarzystów, którzy tę parę stworzyli na modłę „Moralności Pani Dulskiej”. Ojciec Czyński, zdominowany przez żonę mówi niewiele, ale kiedy się odzywa, staje się orędownikiem prawdziwej miłości i buntownikiem wobec konwenansów.

    Podobnie jak buntowniczą duszą jest od samego początku Marysia Wilczur, dużo bardziej zadziorna i aktywna niż w wersji Jerzego Hofmanna. Nie wiem, czy to wymagania platformy, dla której powstał film, ale Marysia jest dużo bardziej wyemancypowana, nie ma oporów, aby być kelnerką i akompaniatorką w żydowskiej karczmie. Zadziorna i niepokorna, walczy o swoje. To z jej ust wydobywa się krzyk w obronie pracowniczych praw i przeciw wyzyskowi. Niewielkie to jednak zmiany i nie sprawiają one, że postać Marysi staje się karykaturalna. Największy problem sprawiał mi młody Czyński, wciąż mam wrażenie, że to najbardziej bezbarwna postać, choć przyznaję, że z każdą minutą filmu zyskiwał coraz bardziej.

    Postać Zośki – partnerki Antoniego Kosiby – to absolutny majstersztyk. Wiejska, mocna kobieta-wdowa, która z miłości kradnie narzędzia chirurgiczne dla znachora nakreślona jest mimo wszystko subtelnie i zmienia obraz mrukliwego Kosiby-samotnika w wizerunek witalnego chłopa o wielkich dłoniach. Gdyby ta historia zakończyła się w sądzie, byłoby znakomicie. Ta ekranizacja kończy się jednak podwójnym, wspólnym ślubem. Starych i młodych – Kosiby z Zośką i Marysi z hrabią Czyńskim. W wiejskiej scenerii świętują w chłopskiej gromadzie, ponad podziałami, zgodnie z duchem Mickiewiczowskiego „kochajmy się”! Jak dla mnie to niepotrzebny naddatek. Ale sam fakt, że nowa ekranizacja Znachora niesie widza do końca, należy uznać za zdecydowany sukces.

    https://www.radiopoznan.fm/n/ubol9M