Tomasz Habowski tym filmem zrobił niemały szum na Festiwalu w Gdyni, zdobywając pierwszą nagrodę w Konkursie Filmów Mikrobudżetowych. Nie dziwię się zupełnie, bo obraz ten może wywrzeć naprawdę silne emocjonalne wrażenie. Jestem o tym przekonana, mimo że mnie samej nie olśnił.
Historia nie jest zbyt skomplikowana: syn sławnego aktora, niespełniony muzyk (w tej roli Tomasz Włosok), spotyka Alicję, utalentowaną dziewczynę, kelnerkę, graną przez debiutująca w kinie wokalistkę zespołu The Dumplings, Justynę Święs. Zaczynają razem tworzyć piosenki, w grę wchodzi uczucie, ambicje, kompleksy…
Co ważne „Piosenki o miłości” nie są filmem jedynie o miłości. Są również odrobinę o sztuce i muzyce, a jeszcze bardziej o poszukiwaniu własnej tożsamości, sensu, pomysłu na samego siebie. Jak sądzę film może obrazować autentyczne problemy i rozterkich współczesnych młodych dorosłych. Oczywiście nie wszystkich, a jedynie pewnej części tej społecznej grupy. Choćby mieszkańców dużych miast, żyjących w bańce wypełnionej współczesną sztuką, imprezami w awangardowych knajpach, autorskimi projektami i projekcikami. Bańce wbrew pozorom dość ciasnej i dusznej, w której każdy każdego zna, choć prawie nikt nikogo nie obchodzi. Na przeciwległym biegunie jest świat osób takich jak Alicja, czyli pochodzących z małych miejscowości, których priorytetem jest utrzymanie się w stolicy i osiągnięcie codziennej stabilności.
Problemy tych młodych dorosłych ukazane na ekranie mogą nam się oczywiście wydawać wydumane, dziecinne, błahe... I może to nawet nie być kwestia różnicy pokoleniowej między widzem, a bohaterami, bo sama jako równolatka postaci raz czy dwa przewróciłam oczami podczas seansu. Jestem jednak przekonana, że są to nadal trudności, emocje i dylematy bliskie wielu widzom. Nasuwa mi się tu skojarzenie z głośnym „Najgorszym człowiekiem na świecie”, który ostatnio przegrał w walce o Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny. On też reprezentował głos współczesnych młodych ludzi, mi obcy, ale dla wielu niezwykle wymowny i aktualny.
Co muszę podkreślić „Piosenek o miłości” słucha się i ogląda z niezwykłą przyjemnością. Co nie jest tak oczywiste w polskim kinie, film jest dobrze udźwiękowiony, a czarno-białe zdjęcia, z kroplą czerwieni i ożywiającymi obraz kolorowymi kadrami, nagranymi smartfonem są po prostu piękne. Bardzo intrygująco na ekranie prezentuje się też gra odtwórców ról dwojga głównych bohaterów i ich filmowa relacja, nierzadko rozgrywająca się gdzieś w spojrzeniach, grymasach, uśmiechach… To aktorstwo świeże, naturalne, oparte na wewnętrznej charyzmie i grze improwizowanych niuansów. Polecam więc seans, bo to estetyczna przyjemność, nawet jeśli nie uda się Państwu, tak jak i mi, w pełni zaangażować w kluczowe dla bohaterów emocjonalne doświadczenia.
W Poznaniu seansów „Piosenek o miłości” nie jest zbyt wiele, znajdziemy jednak kilka i dziś, zarówno w kinach studyjnych, jak i multipleksach. Dwa wieczorne seanse czekają na nas w Multikinach, kolejne w Muzie i Charlie Monroe.