Autor jest zdania, że nauka i religia nie muszą być po przeciwległych stronach barykady - także, gdy pytamy o to, czy mieliśmy wielki wybuch, czy też stworzenie świata. W książce "Na początku" Verschuuren przypomina szesnastowiecznego anglikanina, który na podstawie Pisma Świętego wyliczył, że świat stworzono w roku 4004 p.n.e. Ale przywołuje też obliczenia astrofizyków, według których wszechświat powstał 13,8 miliarda lat temu.
Niezwykle obrazowe jest przeniesienie historii wszechświata, co zręcznie czyni autor, na skalę roczną. I tak - wielki wybuch to sam początek stycznia, Ziemia zaczęła kształtować się pod koniec września, dinozaury rządziły 24 grudnia, a człowiek - 29 grudnia.
Autor przywołuje teorie naukowe związane z rozszerzaniem się wszechświata, ale też tłumaczy religijne znaczenie stworzenia świata, które nie było związane z żadnym miejscem (np. raj) ani czasem (nawet bardzo odległym). Wreszcie Verschuuren pokazuje nam, jak najnowsze odkrycia współbrzmią z tym, co jest zapisane w Piśmie Świętym. Przywołuje liczne odkrycia, badaczy, ale też słowa myślicieli i teologów, zabierając nas w pasjonującą podróż po dziejach. Robi to ciekawie i fachowo, bo sam przecież jest genetykiem i filozofem nauki. W swojej pisarskiej działalności często zestawia religię i naukę, szukając porozumienia i zgody, a nie konfliktu.
Ta książka przenosi nas do zupełnie innych przestrzeni myślenia. Zwykle skupiamy się na pracy, nauce, codziennych czynnościach, a tutaj mamy przypomnienie, że w skali dziejów wszechświata, "panowanie" człowieka, choć wydawać nam się może czymś długotrwałym, jest tak naprawdę króciuteńkim epizodem.
Choć autor odwołuje się także do badaczy naukowych, czyni to w zrozumiały i dość czytelny sposób, skłaniając do refleksji nad tym, co widzimy chociażby na nocnym niebie. Bo przecież w swojej książce wspomina też o obiektach najbardziej odległych, o dystansach tak gigantycznych, że wykraczają one poza ludzkie zrozumienie.