NA ANTENIE: NIEBO PELNE GWIAZD/DE MONO
Studio nagrań Ogłoszenia BIP Cennik
 

Bogusław Nowicki: "Brakuje dziś społeczeństwu chęci poszukiwania czegoś dla siebie"

Publikacja: 24.11.2020 g.12:53  Aktualizacja: 24.11.2020 g.13:53
Bogusław Nowicki - autor tekstów piosenek, kompozytor i wykonawca własnych utworów, bard, literat, satyryk, felietonista, autor audycji w Polskim Radiu, promującej współczesną piosenkę satyryczno-literacką, którą nazwał „Piosenki z tekstem” – od kilku miesięcy na antenie Radia Poznań.
bogusław nowicki
Fot.

Występuje w programach „Dylan i ja”, „Biesiada bardów”, a także w koncercie Doroty Lanton „Miłość w Paryżu". Dotychczas Pan Bogusław wydał cztery autorskie płyty: „Ballady”, „Oceany”, „Optymizmu gram” oraz jeszcze ciepłą „To co pierwsze – najważniejsze”. Z okazji wydania nowej płyty zapraszamy Państwa na rozmowę z Bogusławem Nowickim.

Michał Sobkowiak: Nowa płyta Bogusława Nowickiego nosi tytuł „To co pierwsze – najważniejsze”. Co dla autora tych słów jest najważniejsze?

Bogusław Nowicki: Nie wiem. W każdym z momentów życia co innego jest najważniejsze. To co pierwsze – najważniejsze – zgadza się. To jest moje żartobliwe ujęcie stanu, w którym nie wiemy co zrobić. Czasem lepiej szybko, nie kierując się za bardzo rozumem, tylko sercem podejmować właściwą decyzję. Przede wszystkim ważne, żebyśmy za bardzo się nad tym nie zastanawiali i byli uczciwi wobec siebie i wobec wszystkich, z którymi się stykamy. Sprowadzam tutaj wartość tego zwrotu do relacji rodzinnych, do dziewczyny, kobiety z którą jesteśmy, do domu. W sumie to nie jest pierwsze, ale zawsze na końcu. Jeżeli nie zmierzamy bezpośrednio do tego, to możemy być później przez życie bardzo pokrzywdzeni.

„Najpierw sam, potem z nią. Jeśli kocha, pięknie umebluje dom. Z tym rozumem, ty nie umiesz. Ona czuje i wie. Kalkulujesz, że niegłupio chce. Więc nie pękaj, noś na rękach”. Piękna kwintesencja miłości – wzajemnie sobie coś dawać, by lepiej żyć i razem iść przez życie.

W tym zwrocie: „weź nie pękaj, noś na rękach” jest podpowiedź. Jeżeli kochamy, żeby nie żałować mówienia, nie żałować kochania, nie żałować swoich uczuć. Tylko kochać na całego i to wyrówna wszystkie nierówności w naszym związku. Czasem różnie bywa, czasem są wzburzone fale. Najważniejsze, żebyśmy byli dobrzy.

„Dokąd zwiewać” pyta Pan w tekście jednej z piosenek. Gdzie lubi się schować Bogusław Nowicki, gdy jest mu źle?

To moje zwiewanie to jest stan ducha, żeby schować się na chwilę, żeby się skupić, żeby zrobić sobie jakiś remanent swoich spraw, które się wygrywa, przegrywa. To jest taka przenośnia. A dosłownie zwiewam w góry, nad morze, pod żagiel, płynę i wtedy mam spokój, myślę o sprawach przyziemnych z pewnym dystansem, czasem z kpiną, że one mi zabrały tyle energii, czasu, a przecież nie były tego warte.

W piosence „Polityk” przedstawia Pan polityków niczym przysłowiowego czarnego kota, np. „Gdy polityk na obiedzie – sprawa już się nie powiedzie”. Skąd taka awersja do polityków?

Nie chodzi mi o moją wrogość do polityków, tylko o zwrócenie uwagi na to, że to my powinniśmy podejmować wszystkie decyzje. Nie utożsamiać się ze zdaniem jakiegoś polityka. Albo zamiast mówić jakie mamy zdanie pokazujemy jakiś symbol, czy twarz polityka, albo mówienie: a bo ja to tak. Ja to ja. Najważniejszą osobą dla nas powinniśmy być my sami. Zdanie, które wypowiadane jest, to jest nasze zdanie. Politycy nam nawet nie podpowiadają, tylko zaśmiecają możliwość naszego właściwego wyboru. Dlatego musimy się strzec i nie cytować, gdyż często pytam kogoś o zdanie, a on cytuje gazetę, albo jakiegoś polityka. I mówi: to jest moje zdanie.

„Ja wiem” to smutna refleksja o dzisiejszych czasach, gdy młodzi ludzie znają tylko część prawdy – którą media im podają – i uważają, że wiedzą wszystko o okresie PRL’u, Solidarności, Okrągłym Stole i okresie przemian. Nawet nie mają odrobiny refleksji, że mogło być inaczej, że pewne sprawy zostały „pod stołem” ukartowane i są zamknięci na fakty podważające „jedynie słuszną prawdę”.

Inaczej bym na to popatrzył. Z optymizmem. Żebyśmy się za bardzo nie przejmowali tymi naszymi młodymi ludźmi, którzy kręcą się wokół nas, często mają lat 10, 15, 12 i często wydaje nam się, że oni są tacy bezradni, niewiedzący, gdzie, co i jak. Chciałbym uświadomić poprzez tę piosenkę, że oni z racji tego, że są naszymi dziećmi, to znajdą sobie tę drogę, tak jak my sobie znaleźliśmy. Jeżeli przyjdzie prawdziwe wyzwanie, to oni znajdą swoje miejsce w historii, a my dajmy sobie spokój z martwieniem się o nich.

W piosence „Chciałbym mieć brzydką dziewczynę” porusza Pan ciekawy temat w relacjach damsko-męskich. Niektórzy mężczyźni wolą mieć kobietę mniej ładną, ale dającą złudzenie, że dla innych jest mało atrakcyjna. Inni wolą mieć ładne kobiety, ponieważ kręci ich, gdy obcy mężczyźni okazują zainteresowanie ich partnerkami. Trzecia grupa mężczyzn chce mieć najpiękniejsze kobiety i jest w stanie pobić, gdy tylko zauważą, że obcy mężczyźni zwracają na nie uwagę.

Ta piosenka to zdecydowany żart. Aczkolwiek przekorny. Chciałem sobie zażartować z tych relacji. Może nawet za bardzo pożartowałem. Kiedy ją pierwszy raz wykonałem na festiwalu studenckim w Krakowie – to pamiętam – że z przerażeniem, kiedy wróciłem do swego Torunia po festiwalu usłyszałem od kolegów, że podobno ty tam śpiewałeś – o czym doniosła Trybuna Ludu – jakąś pornograficzną piosenkę. Bardzo mi się wtedy źle zrobiło. Poczułem do piosenki taki dystans, że nie chciałem mieć z nią więcej do czynienia. Aż któregoś dnia moja koleżanka, która pracuje w radiu, zadzwoniła do mnie i powiedziała: słuchaj, znalazłam taką piękną piosenkę o brzydkiej dziewczynie. Ja sobie pomyślałem: jak to, moja piękna, młoda, bardzo kulturalna koleżanka zakwalifikowała tę piosenkę jako piękną? W tym momencie bardzo się ucieszyłem, wyjąłem ją i zacząłem od początku ją analizować, dopisywać kolejne zwrotki, zmieniać troszeczkę ten tekst, uzdatniać. Następnie zmieniłem melodię, żeby była bardziej współczesna i proszę sobie wyobrazić, że na koncertach, kiedy ją wykonuję, patrzę po twarzach i tak – kobiety bardzo są zadowolone, dziewczyny też, śmieją się, klaszczą mocniej, usatysfakcjonowane są tą piosenką. Natomiast faceci tak patrzą na mnie z dystansem, jakby nie wiedzieli o co mi chodzi. Ta piosenka naprawdę dedykowana jest kobietom, które generalnie – słychać z tej piosenki – ja je wielbię.

„Masz wina się napić i kochać i żyć. Gdy będziesz się gapić, nie zdarzy się nic”. Piękna refleksja, która każe nam żyć, wychodzić naprzeciw marzeniom, a nie czekać z założonymi rękoma aż „drzewo urośnie”.

Bardzo lubię tę piosenkę. Ona jest podszyta erotyzmem. Mało u nas pisania w ten sposób. Dlatego, że temat jest śliski, albo twórcy boją się na ten temat pisać. Bardzo ją lubię, bo ona oddaje moje traktowanie tych spraw. Ważna jest miłość, ale ważne są te zbliżenia między dwojgiem ludzi, żeby za bardzo nie kombinować w życiu. Trzeba napić się wina, kochać i żyć. Nie czekać na nic, bo życie płynie i kiedyś może być za późno.

„Gdy Ci chcą na głowę wejść – odchyl głowę, żeby bokiem mogli przejść”. Świetny tekst w odniesieniu do natłoku informacji medialnych, które bombardują nas z każdej strony. Czasami nawet trzeba – dla zdrowia psychicznego – „odchylić głowę”, czyli wyłączyć telewizor, radio, internet i skupić się na czymś przyjemniejszym. Co Panu pozwala „odchylić głowę”?

To piosenka podobna w wymowie do „Polityka”. Namawia wszystkich, żeby myśleli samodzielnie. Tak jak „Polityk” nabija się z polityków, tak tutaj pokazana jest ponura wizja świata, gdzie wszystko pokudlone atakuje nas ze wszystkich stron. A my myślimy zaraz nas przygniecie i wtedy zamiast się męczyć z tym, zamiast uciekać przed tym, należy odchylić głowę, z dystansem. Przede wszystkim dystans. Wyłączyć telewizor. Włączyć Radio Poznań – bo to jest bardzo dobre radio – i słuchać np. „Piosenek z tekstem”, słuchać co tam inni artyści mają do powiedzenia. Bo artyści naprawdę są mądrzy. Dlatego artyści nie powinni się wikłać w układy z politykami.

Występuje Pan w programach „Dylan i ja”. Oprócz twórczości Boba Dylana, którzy twórcy są Panu bliscy? Kogo lubi posłuchać Bogusław Nowicki, kto inspiruje?

W programie „Dylan i ja” śpiewam nie tylko piosenki Boba Dylana, bo jest tam również Tom Waits, Paul Simon. Leonard Cohen jakoś mi się nie wpasował w to wszystko. Sięgam czasem do twórczości znakomitego Wojtka Belona – artysty, który odszedł i ciągle jest niedoceniany. Jest to wielki twórca, poeta, a nie tylko autor piosenek śpiewanych tylko przy ogniskach przez grupy śpiewających turystów. Wielu jest bardów, ale u nas w Polsce też są znakomici. Odszedł od nas Andrzej Brzeski, którego piosenkę włączyłem ostatnio do swego repertuaru. Bardzo mi ona odpowiada. Jest to twórca takiego formatu, którym moglibyśmy się pochwalić, gdyby polski język był bardziej uniwersalny również na świecie.

Zgadza się Pan ze słowami Woltera „Tłumaczenia są jak kobiety – albo piękne, albo wierne”?

Wszelkie uogólnienia mają margines nieprawdy, który pozwala im za to ładnie brzmieć. W praktyce, kiedy tłumaczę, okazuje się, że autor ma tak wiele do powiedzenia, że jeżeli ja go wiernie nie przetłumaczę, to jakbym go okradł z jakiś wartości. Dlatego bardzo się staram, żeby to było wierne, aczkolwiek szukanie w języku polskim pewnych podniesień jest bardzo ważne. Przykładowo tłumacząc piosenkę Boba Dylana „Tak jak kobieta”, miałem problem ze zwrotem Queen Mary, co nasi „domowi tłumacze” przetłumaczyli jako Maryśka, bo chodziło przecież o narkotyk. Bardzo brzydko dla mnie brzmiało Marycha, mało poetycko. Tłumacząc tę piosenkę nagle wpadłem na pomysł, że to musi być ładne, poetyckie, wzniosłe. W polskim języku przyzwyczailiśmy się do takiego traktowania piosenek poetyckich czy piosenek literackich. No i śpiewam królowo dobrych ziół. To jest wierne tłumaczenie, bo nie tylko chodzi o słowo w słowo, ale również o intencje autora. Ktoś tak odczyta intencje, ktoś inaczej. Wierne tłumaczenie, to jest według mnie zasada podstawowa każdego tłumaczenia. W piosence „Tam gdzie rosną dzikie róże” Toma Waitsa zauważyłem, że ktoś, kto przetłumaczył już znaną dosyć wersję, pominął tłumaczenia nazwiska głównej bohaterki na język polski, która nazywa się Day. To po angielsku jest dzień. Zrozumiałem wtedy, że nieprzetłumaczenie wiernie nawet tego nazwiska, jest utratą pewnej części artystycznego wyrazu. Ona się nazywa Day, czyli Dzień, ponieważ ona była dniem. Nocą był ów facet, który ją zamordował na końcu. On był zdecydowanie mroczny, ponury – jak na bandytę przystało, a ona była jak promyk słońca porannym świtem.

Oprócz piosenek pisanych dla siebie, tworzy Pan teksty dla innych artystów. Może przypomni Pan naszym Czytelnikom niektóre tytuły, które wyszły spod pióra Bogusława Nowickiego?

Tych piosenek pisanych dla innych artystów było sporo, ale ostatnio unikam tych zleceń. Po pierwsze zrobiła się moda, żeby artyści sami pisali sobie teksty. Zobaczyli, że bardziej im się to opłaca. Może z nie najlepszym skutkiem. W dawnych czasach, kiedy piosenkarze brali na warsztat znakomity tekst ze znakomitą muzyką – nie mówię tu koniecznie o moich utworach – to te piosenki do dzisiaj są nieprzemijające. Te dzisiejsze, poprzez to, że artyści sami sobie piszą, są dobrymi na dziś, a jutro już nikt ich nie pamięta. Wiele lat temu napisałem taką piosenkę „Nowy, piękny wiek”, którą wylansowała nieżyjąca już artystka Grażyna Świtała. Wraz z nią napisałem hymn do festiwalu dzieci niepełnosprawnych w Ciechocinku „Naprawdę czeka ktoś”. To też był wielki przebój. Poza tym, moje piosenki śpiewają nawet Cyganie. Don Vasyl śpiewa „Hej, hej, hej Cyganie, gdzie nasz kolorowy świat”. Ostatnio dumny jestem z piosenek, które napisałem dla Doroty Lanton i sporo tych tłumaczeń. Wraz z Dorotą śpiewam piosenkę Nicka Cava „Tam gdzie rosną dzikie róże”, która na koncertach bardzo się podoba. Od pewnego czasu zacząłem skłaniać się w kierunku artystów uprawiających dosyć łatwą muzę, którzy śpiewają piosenki w stylu dance. To taka ciekawostka, bardzo sympatyczna, ale trzeba pisać wszystko – bez względu na to czy to jest taki styl czy muzyk – tylko uczciwie, rzetelnie i w każdym stylu muzyki można znaleźć jakąś okazję do prawdziwej wypowiedzi artystycznej.

„Teoretyrada” po występie w Opolu znalazła się na indeksie utworów zakazanych. Na szczęście możne ją Pan teraz wykonywać, ale tekst nadal pozostał częściowo aktualny.

Bardzo to doniosła piosenka w mojej twórczości. Napisałem ją chyba gdzieś tak w stanie wojennym, jak tylko on wybuchł. Leżała troszeczkę w szufladzie, bo po stanie wojennym nie bardzo mogłem występować. Po prostu nie miałem zgody na taką działalność. Później nagle okazało się, że przejawił zainteresowanie szef literacki festiwalu w Opolu i zaprosił mnie do koncertu z tą piosenką i tam miałem z nią przygodę, bo okazało się, że cenzura – tak jak z początku zgodziła się – to po próbie generalnej panowie powiedzieli, że mogę śpiewać piosenkę, ale bez ostatniej zwrotki. To było dosyć dla mnie ponurym poleceniem. Jednak stwierdziłem, że bardziej będzie się opłacać mi artystycznie, żeby wykonać ją w ogóle niż nie wykonać jej wcale. To jej za bardzo nie pomogło. Później dostała zakaz całkowity i dopiero mogłem ją odmrozić w 1988-1989 roku, kiedy cenzura przestała już istnieć. Wtedy okazało się, że ona jest o niczym, że żyjemy innym rytmem, innymi problemami. Jeżeli ktoś dzisiaj mówi, że ten tekst nadal jest aktualny, to tylko w odniesieniu do władzy. Każda władza ma jakieś ciągoty do tego, żeby zacząć narzekać na społeczeństwo, stwierdzając, że ona lepiej wie. Ale to już nie jest to. Przecież ta piosenka jest o Włodzimierzu Iliczu Leninie.

W latach osiemdziesiątych otrzymał Pan zakaz występów. Obecnie mamy podobną sytuację, gdy artyści nie mogą występować, chociaż z innego powodu. Teraz jest jednak łatwiej, gdyż artyści mogą ubiegać się o różne środki finansowe, a co najważniejsze legalnie występować w on-linowym podziemiu.

Zakaz koncertów był niewątpliwie bardzo dotkliwy, ale wtedy publiczność na artystę czekała. Kiedy miał zakaz występów publiczność znakomicie wiedziała i kiedy się znowu pojawiał, to był come back! Teraz wydaje mi się, że ten czas, kiedy nie możemy się publicznie prezentować, pokazywać nowych utworów, może być ogromną wyrwą w naszej działalności – finansową, ale również sam fakt, że nie ma o czym pisać. Pisanie na zadawany temat – pandemia – nie jest artystyczne za bardzo. Myślę, że gdzieś to się odbije w naszej kulturze.

Jak Pan odnajduje się w obecnej sytuacji?

Czy się odnalazłem w tym on-linowym podziemiu – nie wiem. Koledzy zaprosili mnie do różnych projektów, w których wziąłem udział bardziej dlatego, że oni tak chcieli i nie mogłem im odmówić. Natomiast bez specjalnej wiary i zapału. Jeżeli chodzi o nowe utwory – jakoś to wszystko zastygło. Prawdę mówiąc, skoro nikt od nas nie oczekuje nowej twórczości, to nie ma motywacji specjalnie. Szkoda, że media nie znalazły miejsca, żeby pomóc artystom – poza nielicznymi. Tutaj chwała Radiu Poznań, że pozwala na prezentację twórczości i nowej i starej też, tej z dziedziny piosenki literackiej. To jest taka nisza, która jest niedoceniona przez główne nurty medialne, które uważają, że jest to mało spektakularne. Czas taki, że bardziej spektakularne są te utwory z przytupem, które mają tyle miejsca na antenach telewizyjnych i w mediach. No trudno. Troszeczkę nam ta kultura psieje.

Od 1983 roku jest Pan autorem audycji „Piosenki z tekstem”. Przez ten czas Polska zmieniła się diametralnie. Nasza scena muzyczna także. Od lat „piosenki zaangażowane” są marginalizowane w przestrzeni publicznej i Pańska audycja jest chlubnym wyjątkiem. Poza tym młodzi twórcy wolą o swoich odczuciach mówić w innej stylistyce – hip-hop.

Z piosenką literacką dzisiaj jest taka dziwna sprawa. Z jednej strony media twierdzą, że jest ona małomedialna, a z drugiej strony widzowie, którzy mimo wszystko znajdują jakieś dojście do koncertów z tymi utworami. Po koncertach przychodzą zszokowani, że w mediach tego nie ma, bo oni chętnie by to obejrzeli. Nie tylko zainteresowania mediów brakuje tym utworom. Brakuje społeczeństwu dzisiaj chęci poszukiwania czegoś dla siebie. Każdy chce mieć gotowe, to co mu się zaprezentuje, to on to łyka. Natomiast nikt niczego nie szuka. Tak, jakby na kulturę nie było powszechnego zainteresowania.

Od lat zasiada Pan we władzach Związku Polskich Autorów i Kompozytorów ZAKR oraz Związku Autorów i Kompozytorów Scenicznych ZAiKS. Czy jako stowarzyszenia broniące interesów polskich twórców podejmujecie działania mające na celu zwiększenie ilości polskiej muzyki w mediach?

Co do zwiększenia polskiej muzyki w mediach – muszę przyznać, że jestem człowiekiem, który bardzo dużo czasu poświęcił temu zagadnieniu, łażąc po różnych decydentach, po różnych mediach; próbując uzyskać jakieś deklaracje, jakieś działania. Przyznam, że to szło zawsze bardzo opornie. Nikt tego specjalnie nie rozumie. Pamiętam, że z pewnym członkiem Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji znałem się osobiście i dość agresywnie rozmawiałem. Mówię: Słuchaj, Ty jesteś odpowiedzialny za abonament. Chcesz, żeby wszyscy płacili abonament. Wytłumacz polskim twórcom dlaczego mają płacić abonament, popierając te zachodnie papki, lansowane przez polskich wydawców, zamiast propagowania polskiej twórczości.

Urodził się Pan w Elblągu, studia w Toruniu, festiwal w Opolu, a jakie skojarzenia ma Bogusław Nowicki z Poznaniem i Wielkopolską?

Mój życiorys wskazuje na to, że jeździłem po całej Polsce od dnia urodzenia, poprzez studia, swoje życie – gdzie dorastałem, po życie koncertowe i prawdę mówiąc, zawsze gdy przekraczałem granice Wielkopolski, to nie wiem dlaczego, ale było mi jakoś radośniej, lżej, bo stwierdzałem, że tu (w Wielkopolsce) zawsze było lepiej, ładniej, łatwiej. Publiczność jeżeli gdzieś się uśmiechała, to tutaj uśmiechała się ładniej. Jeżeli publiczność gdzieś klaskała, to tutaj klaskała jeszcze mocniej. Jeżeli się śmiano, to tutaj śmiano się goręcej. Natomiast, jeżeli sale koncertowe gdzieś były wypełnione po brzegi, to tutaj już brakowało biletów. Zawsze w Wielkopolsce było mi znakomicie – od Obornik po Szamotuły, przez Nowy Tomyśl, do samego Poznania.

https://www.radiopoznan.fm/n/A9dnp8
KOMENTARZE 0

SERWIS INFORMACYJNY


GODZINY: 15:00 16:00 17:00 19:00 23:00

@TWITTER