NA ANTENIE: Wiersz przed południem
Studio nagrań Ogłoszenia BIP Cennik
SŁUCHAJ RADIA ON-LINE
 

Anatomia Upadku - czy w tym domu mieszka miłość?

Publikacja: 28.02.2024 g.18:53  Aktualizacja: 28.02.2024 g.19:00 Sandra Soluk
Poznań
Recenzja Sandry Soluk.
Anatomia Upadku - Screen YT
Fot. Screen YT

Za siedmioma alpejskimi górami, za siedmioma francuskimi lasami, w świecie stworzonym przez Justine Triet stoi drewniany dom jak z marzeń. Życiu tej rodziny daleko jednak do baśni ze szczęśliwym zakończeniem. Rodzinę toczą wątpliwości, żal i zazdrość i nie jest pewne czy w Anatomii Upadku zostało choć trochę miłości.

Kto upada? W dosłownym znaczeniu oczywiście mąż, Samuel Maleski (Samuel Theis). Justine Triet, reżyserka i scenarzystka (scenariusz pisał również Arthur Harari), zdecydowała, że Samuela po raz pierwszy dane nam jest zobaczyć w plamie krwi, która rozlała się niczym korona wokół jego głowy po upadku z balkonu z drugiego piętra własnego domu. Martwego ojca znajduje Daniel, młody chłopiec poznający świat za pomocą dźwięków (i z pomocą bystrego psa, Snoopa). Wzrok stracił w wyniku wypadku, który położył się cieniem na relacji rodziców – wspomnianego Samuela i Sandry Voyter (znów aktorka-imienniczka, Sandra Hüller). Matka wybiega przed dom zszokowana, bo z powodu drzemki ominęły ją dramatyczne wydarzenia rozgrywające się tuż pod jej nosem. Rzekomo.

Od Anatomii Upadku cienka nić wije się między filmem a rzeczywistością. Biegnie między warstwą centralną, czyli teraźniejszością ekranu, dalej przez historię pożycia państwa Maleski-Voyter. Sandra Voyter jest pisarką, może nie bestsellerową, ale cenioną, czego dowodzi fakt, że w pierwszej scenie celem przeprowadzenia wywiadu odwiedza ją młoda studentka, z pięknym zresztą uśmiechem. Pierwszy ukłon w stronę Sandry Hüller składamy właśnie tu. Dodatkowo składam również takowy przed każdym widzem, który odgadnie czy flirtem, czy może jednak zwykłą pogawędką należy nazwać krótką rozmowę pań. Krótką, bo przerwaną zagłuszającym myśli dudnieniem muzyki puszczonej z ostatniego piętra przez Simona, ewidentnie nieprzychylnego spotkaniu. W takich warunkach rozmawiać się nie da. Sandra nie zdradza wprawdzie żadnych oznak zniecierpliwienia, ale żegna się z gościem przy akompaniamencie instrumentalnej wersji utworu 50 Cent’a – P.I.M.P. (szowinistycznego skądinąd, a takie małe szczegóły mogą mieć potem znaczenie). Później, na sali sądowej, będziemy zastanawiać się czy był to  przejaw męskiej zazdrości (reakcja na zdradę Sandry sprzed lat, właśnie z kobietą), czy standardowe zachowanie Samuela.

Długie miesiące i dziesiątki manekinów zrzuconych z balkonu później (policja i obrona kolejno próbowali sprawdzić czy upadek z balkonu był naturalny, a może wspomagany), pani sędzia próbuje zdecydować o winie lub niewinności. Analizowana jest jakość pożycia rodzinnego, która ma być jednym z dowodów, choć raczej na zabicie miłości, niż współmałżonka. Justine Triet odwróciła zresztą związkowe role i, choć oprę się na pewnej generalizacji, więcej przymiotów kojarzonych z mężczyznami podarowała Sandrze i odwrotnie. Pisarka chętniej spełnia się zawodowo, mąż rodzinnie, ale dźwiga niespełnione ambicje i winą za nie obarcza żonę. Ta zamiana spełnia jednak nie tylko funkcję manifestacyjną, a raczej rodzi pytania o pułapki, które z tej zamiany wynikają w świecie, w którym Samuel jest martwy. Wszystkie przytoczone kłótnie, zdrady, rzucone oskarżenia o morderstwo – każdy fragment układanki zostałby ułożony w zupełnie innym miejscu, gdyby to na Samuelu ciążyły podejrzenia o zabicie małżonki. Czy Samuel również tak gorąco musiałby tłumaczyć się prokuratorowi z niewinnego flirtu ze studentką (jeśli rzeczywiście był to flirt)? Czy byłby oceniany przez opinię publiczną tak samo krytycznie, gdyby to żona naciskała na jego większe zaangażowanie w życie rodzinne? A z drugiej strony czy kobiecie podświadomie wybaczamy więcej, nie dopuszczając do swych umysłów najbardziej okrutnych obrazów? To opowieść o niezadbanym małżeństwie, ale również o pułapce stereotypów. Na winę mężczyzny i kobiety podczas identycznej sprawy sądowej bez cienia wątpliwości składałaby się inne uprzedzenia i oczekiwania. Czy tego chcemy, czy nie.

A nić ciągnie się dalej. Od teraźniejszości filmowej, przez historię rodziny, aż na drugą stronę ekranu. Bo autorzy nieprzypadkowo nazywają swoich bohaterów imionami aktorów. Ostrzegają, że nic, co najbardziej nawet nieprawdopodobne, nie może dotknąć nas w rzeczywistości.

http://www.radiopoznan.fm/n/YME7YT
KOMENTARZE 0