Ale muszę przyznać, że czytając książkę Roberta Saviano wielokrotnie łapałem się na wspomnieniach o "Ojcu chrzestnym". Zadawałem sobie pytanie, co w takiej czy innej sytuacji zrobiłby Santino, Michael albo któryś z pozostałych bohaterów książki Mario Puzo. Bo "Należymy do siebie" zaprezentowanej przez Wydawnictwo Sonia Draga to oczywiście opowieść o mafii, w której poznajemy brutalność i bezwzględność poszczególnych rodów. A wnikliwy czytelnik wyłapie padające w książce słowo "Corleone" - tak dobrze znane w książkowym i filmowy świecie.
Roberto Saviano pisze o namiętnościach, od których aż kipi w przestępczych rodzinach, porusza temat zemsty i zdrady, pokazuje świat, w którym rządzi przemoc. Ale wielokrotnie pyta też o rolę kobiet w świecie zbrodni - które dla mafijnych bosów często nie mają żadnego znaczenia. Cała opowieść zaczyna się zresztą od tego, że pewien jegomość przegrywa własną żonę w czasie gry w karty. Nie wnikając w szczegóły dodam, że ściągnie za to na siebie gniew pewnego mafiosa.
"Cosa nostra postrzega kobietę jedynie poprzez jej rolę rodzicielki. Istnieją przypadki kobiet zaangażowanych bezpośrednio w mafijne interesy, ale są one sporadyczne"
- pisze Saviano, ale jednocześnie wskazuje nam kobiety, które w mafijnej rzeczywistości odegrały znaczącą rolę.
Jego narracja jest galopująca - w okamgnieniu przewijają się historie poszczególnych typów spod ciemnej gwiazdy. Bez zbędnych opisów, konkretnie i precyzyjnie relacjonuje, kto kogo zabił, dlaczego ktoś inny chciał zemsty, kto i dlaczego "sypał", czy z jakiego powodu ta czy inna kobieta bała się o swoje dziecko.
Autor pokazuje prawdziwy obraz mafii i możemy mu zaufać, bo wie o czym pisze. Dorastał w niewielkiej miejscowości, tuż obok Neapolu, który jest uznawany za twierdzę kamorry. No i to jest ten autor, na którym mafia chciała się zemścić za opisywanie ich świata i który musiał mieć zapewnioną rządową ochronę... Cosa nostra...